MÓJ DEBIUT W KRT

ZPGS czyli Zimowe harce w górach Stołowych, które miały  być w styczniu lecz przez Covid`a przeniesiono na marzec. Pojechałem w piątek, chciałem na spokojnie odebrać pakiet i zrobić lekki rozruch po trasie biegu by sprawdzić jakie warunki panują na trasie. Wjeżdżając do Karłowa mocno przebijało się słońce, termometr w samochodzie wskazywał osiem stopni na plusie. Było całkiem przyjemnie. Spotkanie wielu znajomych w tych ciężkich czasach niesamowicie dodawało sił. Wiecie, wszędzie wariaci podobni do Ciebie, wszyscy z wielkimi uśmiechami na twarzy- tego potrzebowałem. Siedmiokilometrowy rekonesans w kierunku wodospadu Pośna wykazał, że na trasie zalega trochę śniegu, sporo lodu i całkiem dużo błota jak na ten region. 
W sobotę na dystansie 20km startował Jarosław Włodarczyk, który pobiegł bardzo podobną trasę. Ukończył na 18 miejscu open i 4 w kategorii M40 z czasem 2h 2min 42s. 

Moja próba była w niedzielę na trasie 30km. Wstępnie planowałem startować około 10.00 a może nawet chwilę później- czekałem na lepsze warunki atmosferyczne ale jako, że obudziłem się bardzo wczas to też uznałem, że nie ma sensu zwlekać i niepotrzebnie się stresować. Kilka sekund po dziewiątej ruszyłem na trasę. Od razu narzucam wysokie tempo biegu gdyż chcę wykorzystać maksymalnie płaskie i lekko pagórkowate odcinki do gonienia wyniku. Szlak do wodospadu Pośna a dalej do parkingu, gdzie był zlokalizowany punkt okazał się dużo bardziej oblodzony niż w piątkowe popołudnie. Zbieg potraktowałem bardzo asekuracyjnie wiedząc, że do pokonania zostaje jeszcze ponad 20km. Przed samym parkingiem potężne lodowisko na którym trzeba lawirować pomiędzy potężnymi głazami. Raz biegniesz, raz zjeżdżasz. 7Km – 46min 

Etap drugi to bardzo szybki odcinek, początkowy, trzykilometrowy zbieg w okolicę Ostrej Góry jest wybitnie sprzyjający do szybkiego biegania co też maksymalnie wykorzystałem. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zaczyna robić się stromo, gdyż przed nosem (dosłownie) wyrasta podbieg na Błędne Skały, gdzie poraz pierwszy zmuszony zostaję do marszu, gdyż dla moich nóg okazuje się za ostro. 

W końcu udaje się wbiec na górę, więc od razu rozpędzam się i źle obieram ścieżkę, nadkładam ok. 500 m. i jakieś 30 m przewyższeń- jestem na siebie zły, ponieważ zamiast pobiec prosto ścieżką, która była może wąska ale dobrze oznakowana, wybrałem tą szerszą i zarazem szybszą- szkoda, że organizator uważał inaczej. 

Szybko wróciłem na górę i poprawną drogą dotarłem na kolejny punkt kontrolny usytuowany na 14 km gdzie zameldowałem się po 1.24h -dość mocno przyspieszyłem względem pierwszego odcinka. 

Kolejny etap jest jedną wielką falą przepełnioną błotem, kamieniami i wielkimi ilościami, krótkich i denerwujących lodowisk. Biega się tam naprawdę przyjemnie, nie ma wielu rozpraszaczy, które mogłyby spowodować jakiś bolesny upadek. Po prawej stronie płynie niewielki potok Czermnica, którą raz po raz trzeba przeskoczyć.  Niewiele się tutaj dzieje i bardzo szybko docieram na Lisią Przełęcz gdzie znajduje się trzeci i ostatni punkt kontrolny. 2.09h – tyle pokazuje zegarek. Szybko kalkuluję, że szanse na złamanie 3godz. mocno uciekają ale  jeszcze nic nie jest przesądzone. 

Bez zatrzymywania się atakuję i walczę. Ten etap jest bardzo widokowy i posiada wiele rozpraszaczy w postaci pięknych pejzaży. Najpierw trzeba zdobyć górę o nazwie Narożnik, tylko by tam dobiec trzeba wpierw zbiec po takich śmiesznych drewnianych kładkach- wiele nie myśląc o tym, że może być tam bardzo ślisko zaatakowałem na pełnej prędkości. Pierwsze kilka stopni faktycznie było spoko i bez problemu można było je pokonać z prędkościami większymi niż 15km/h lecz kolejne były już oszronione i niestety zaliczam glebę i rozwalam troszkę piszczele a także dość mocno obtrzaskuję żebra, gdyż fatalnie wylądowałem na krawędzi między stopniami kładek- pech- lecz bardzo szybko wstaję i rozpędzam się dalej. Wiem, że albo ruszę dalej z pełną mocą albo zablokuję psychikę i nie pokonam ani jednego zbiegu. Zaryzykowałem i to się opłaciło. Wpadam na Narożnik, pozostaje już tylko zbieg i mały podbieg na Lisią Przełęcz (tak wiem, już tam raz byłem) i zbiec. Ten odcinek zapamiętam bardzo mocno gdyż jest on bardzo błotnisty i do wyboru jest oszczędzanie się biegnąc bokiem lub pełne obroty przez środek ścieżki- oczywiście wybieram opcję szybkiego biegania i cisnę ile tylko mogę. Ciągle pojawiają się przede mną ludzie, których chcę dogonić a to mnie niesamowicie nakręca. Zdążyłem już zapomnieć o glebie i bólu, który towarzyszył mi od tamtego momentu. 

Do mety zostaje trzy, może cztery kilometry, widzę, że jest dobrze. Mijają mnie goprowcy na skuterze, dziwnie na mnie patrzą, nawet się zatrzymali, Ba! Możliwe, że o coś nawet mogli pytać lecz byłem zafrasowany swoim biegiem i tym, że muszę dogonić rywala z przodu- normalne zachowanie, prawda? 

Gdy zegarek pokazał 29,5km a ja nadal byłem w lesie nie widząc cywilizacji poczułem się niepewnie, nawet lekko poddenerwowałem się, że mogłem znowu zabłądzić ale tak się nie stało- wiszą tasiemki organizatora więc zbieram się na kolejny, ostatni tego dnia potężny wysiłek i dokręcam obroty na max`a i gonię piątkę ludzi, którzy gdzieś pojawili się przede mną na tym odcinku. 

Meta! Wpadam tam chyba całkowicie niespodziewanie. Sokół mówi, że jestem drugi open a ja sobie spokojnie leżę na kostce nie wierząc, że to się udało. 

Po chwili zbierają mnie, troszkę gadam z znajomymi i w końcu dociera do mnie to co się tam stało. Jest pięknie- lepszego debiutu w barwach Karkonosz Running Team nie mogłem sobie wyobrazić.

Pozdrawiam Sebastian