Poznań po raz 3

Mój ślad pozostał w Poznaniu x3…

Tak to prawda… po raz trzeci w tym roku moje nogi postanowiły zostawić swój ślad na poznańskich ulicach. Po wiosennych startach na Maniackiej Dziesiątce i Półmaratonie przyszedł czas na najważniejszy start w tym sezonie do którego miesiącami trwały przygotowania. 19 PKO Poznań Maraton bo o nim mowa zebrał na starcie tysiące biegaczy w śród których i moje nazwisko widniało na liście. Do tej pory Poznań kojarzył się z samymi miłymi wspomnieniami…oczywiście biegowymi. To w tym mieście za każdym razem biłem swoje życiówki na różnych dystansach, więc plan na ten weekend nie mógł być inny. Z Poznaniem jeszcze jedna miła rzecz się kojarzy. To w nim zadebiutowałem w barwach Karkonosz Running Team podczas 14 Recordowej Maniackiej Dziesiątki. Start zaplanowany był na Niedzielny poranek ale postanowiłem już w piątek pojechać by przede wszystkim złapać kilka godzin regeneracji przed startem. W Poznaniu towarzyszył mi mój przyjaciel Roman Ziembicki, który tym razem wystąpił w roli kibica. Dziękuję Tobie Romku z całego serca za wsparcie, towarzystwo i za nieoceniona pomoc po biegu. Tak jak już pisałem wcześniej czas przed biegiem wykorzystałem prawie w 100% na odpoczynek, pisze prawie bo czasami trzeba było ruszyć przysłowiowe cztery litery i wyjść z pokoju choćby żeby coś zjeść no i odebrać pakiet startowy. Tak więc w sobotnie popołudnie udaliśmy się na MTP by odebrać pakiet – jak zwykle bogaty. Mieliśmy okazję także spotkać, chwilę porozmawiać i zrobić sobie zdjęcie z Jerzym Skarżyńskim, który przekazuje pozdrowienia dla Darka Kruczkowskiego i całego KRT.

Czas nie ubłaganie leciał i zbliżała się godzina startu. Sen przed biegiem był spokojny, w miarę długi, choć pobudka zaplanowana była na 5:45. Rano lekkie śniadanie i na niecałe 3 godziny przed startem wyruszyliśmy na miejsce gdzie zaplanowany był start do maratonu. W samochodzie jeszcze lekka drzemka i chwila relaksu przy muzyce. W końcu nadszedł czas by pójść się rozgrzewać. Rozgrzewka była spokojna, mało energiczna i szybko schowałem się w tłumie bo o 9 rano to jeszcze za ciepło nie było. Start nastąpił punktualnie więc gdy usłyszałem strzał nie było już odwrotu i ruszyłem na trasę. Pierwsze kilometry z górki i z wiatrem więc bieg spokojny i jak się później okazało chyba trochę za szybki. Mijały kilometry tempo w miarę równe w okolicach 4:15/km. Na 10km czas wskazywał łamanie 3 godzin… Po raz pierwszy zaświtała mi myśl że może się jednak uda pobiec poniżej 3 godzin, co gdzieś tam przed biegiem kilka razy przeszło mi to przez moją głowę. Kolejne 10km i dalej tempo utrzymane, mało tego nawet trochę przyspieszone. Na półmetku zapas nawet kilkunastu sekund. Jest dobrze… jest bardzo dobrze. Nogi dobrze niosą, wydolnościowo mega, oddech spokojny i stabilny. Ależ mi się dobrze biegło…:):):)…. I tak jak w tym miejscu minki mam uśmiechnięte tak nagle czar prysł jak w bajce:(:(:(… Ni stąd ni z owąd w lewym kolanie zacząłem czuć ból, który z minuty na minutę się nasilał. Niestety, ale to był początek końca marzeń o wyniku poniżej 3 godzin. Mało tego zacząłem się zastanawiać czy dam radę pobić życiówkę. Kolejne kilometry mijały i tempo w dalszym ciągu spada, nawet do minuty na kilometr. Ależ te kilometry się dłużyły, miałem wrażenie jak bym stał w miejscu. Tak jak pierwsza połówka zleciała szybko, tak druga trwała w nieskończoność. No nic zacisnąłem zęby… powiedziałem sobie nie nie…tak łatwo się nie poddam i po mimo że bieg był zdecydowanie wolniejszy to dam radę i dobiegnie do mety z życiówka. I tak też się stało… Choć w bólach i cierpieniu to bardzo szczęśliwy nawet z łezką w oku przekroczyłem linię mety z czasem o ponad 4 min lepszy od poprzedniego. 3:11:20 dało mi ostatecznie 226 miejsce open i 95 w kat. M-30.

Chociaż nie udało się zrealizować celu to i tak jestem bardzo zadowolony bo jak tu nie być gdy bije się po raz kolejny rekord życiowy. Swoje podziękowania kieruję do trenera Darka za przygotowania, za cenne rady, które nie do końca zrealizowałem – obiecuje poprawę. Dziękuję Tobie Romku za spędzony czas ze mną podczas mojej najważniejszej imprezy biegowej. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki i dopingowali. Teraz czas na odpoczynek i przysłowiowe lizanie ran bo już mam chrapkę na kolejne starty i kolejne bicie rekordów. No i trzeba być sprawnym w 100% bo zbliża się wielkimi krokami Gala… a tam tańce do białego rana.