MOJA DROGA DO UTMB

Jestem zwykłym chłopakiem , którego zwykłość tylko potwierdził 7 lat temu nowotwór jądra z mnogimi przerzutami do płuc. Klika z nich pozostało ze mną do dziś. A zaczynam tą relacje od tego, aby dać nadzieję i wiarę.

To od tego momentu w życiu zakiełkował we mnie cel – mieć jak najmniej straconych dni. Bieganie pozwoliło mi ten cel trzymać w ryzach, a dzięki niemu ujawniły się pierwsze poważne marzenia. Marzenia do zrealizowania.

O festiwalu UTMB dowiedziałem się w 2015 roku. Wówczas było to dla mnie coś niewyobrażalnego, móc tam być i zasmakować tego o czym wszyscy pisali i mówili. Cudownie piękne i trudne Alpy, bieganie wokół najwyższego szczytu Europy, po trasach liczących powyżej 100 kilometrów i o łącznej sumie przewyższeń większej niż Mont Everest. Co roku w ostatnim tygodniu sierpnia do Chamonix zjeżdżają najlepsi biegacze górscy i ultra na świecie. Każdy chce doświadczyć już legendarnej atmosfery na starcie i mistycznej mety w centrum Chamonix , gdzie witają każdego zawodnika tłumy kibiców, turystów i ich rodziny.

W 2019 dostałem się na ten festiwal na bieg CCC – 101 km i 6100 m. w pionie. Już sam fakt zakwalifikowania się na ten festiwal jest sporym sukcesem. Pamiętam jak na mecie powiedziałem, że jest to mój limit i kroku więcej bym nie ubiegł. Wtedy osiągnąłem już to co chciałem.

TDS
Ale UTMB uzależnia, kilka miesięcy później widniałem już na liście startowej do kolejnego biegu. Tym razem postawiłem na TDS – nie najdłuższy na tej imprezie, ale jak twierdzili jego uczestnicy najtrudniejszy i najdzikszy ze wszystkich. Wszystko się później potwierdziło.
TDS to 145 kilometrowa trasa z ponad 9 tysiącami metrów przewyższeń. Sam organizator w korespondencji z zawodnikami ostrzegał o licznych, ekstremalnych trudnościach technicznych jakie spotkamy na trasie i żeby się zastanowić dwa razy na każdym punkcie odżywczym, czy chcemy i możemy dalej kontynuować swój bieg.

Jednocześnie pandemia przesunęła start o rok, dając tym samym więcej czasu na przygotowania.

WYPOSAŻENIE
Przed odbiorem pakietu startowego skrupulatnie jest sprawdzane liczne wyposażenie obowiązkowe, które w sytuacjach ekstremalnych może uratować życie, a zdrowie na pewno. Już dwukrotnie na tej imprezie się o tym przekonałem, raz dwa lata temu kiedy w środku nocy gdzieś na alpejskim szlaku spotkałem zawodniczkę z Azji której zepsuła się na amen czołówka. Organizator to przewidział, wszyscy muszą mieć dwie czołówki + zapas baterii do każdej przy sobie, ona też miała. Drugi raz w tym roku, na przełęczy na wysokości 2600 metrów, ale o tym później.

START 24.08.2021
Włoska miejscowość Courmayeur, pierwotnie start planowany na 15:00, przez korki przed tunelem pod Mont Blankiem po francuskiej stronie przesunięty na 15:30. Bez większej różnicy dla nas – nikomu jakoś się nie śpieszy. Niezwykle uniosły i celebrowany moment, podczas którego niejednemu ultrasowi łezka w oku potrafi się zakręcić. To również dosyć mocno stresująca chwila, bo zdajesz sobie sprawę że żarty się kończą właśnie w tym momencie i wszystkie wyobrażenia na temat tych zawodów się ziszczają. Dodatkowo prognoza pogody nie była korzystna, w tej chwili miało lać z możliwością wyładowań, owszem niebo jest trochę zachmurzone , ale jest spokój. Na razie.

Nadlatuje helikopter, zaczyna się odliczanie 10,9,8…- start.
Mocny i szybki początek – zawsze tak jest, ale za chwile wszystko się uspokoi. 1600 uczestników (w 3 falach) biegnie przez miasteczko, aby za moment wlecieć na szutrową szeroką ścieżkę, którą podążamy do góry. Bieg zamienia się w powolną wspinaczkę, kijki idą w ruch, a każdy kto spróbuje inaczej zapłaci straszną cenę później. Po niecałych 7 km mijam pierwszy punkt odżywczy, nie zatrzymuje się , jestem jeszcze zatankowany do pełna. Później będę już stawał przy każdym. Wspinamy się na wysokość 2417 m. , aby następnie zbiec do magicznego Lac Combal. W nogach 15 km i 1350m. przewyższeń.

BURZA
Ładujemy się z powrotem na wysokość ponad 2600 m. na przełęcz Col Chavannes. Podczas długiego i wygodnego zbiegu z niej, naciągają ciężkie i ciemne chmury. Jeszcze nie pada, ale w oddali słychać już pojedyncze, niepokojące wyładowania.
Na wysokości kolejnej znanej lokalizacji, jeziora przed Petit St. Bernard, zaczyna się regularna ulewa, a pioruny latają przed oczami. Jest groźnie, nawet bardzo. W ruch idzie zestaw na taką sytuacje, kurtka wodoodporna, spodnie wodoodporne, oraz rękawiczki wodoodporne (wszystko obowiązkowe). Zastanawiam się czy wyłączyć telefon, czy kijki nie zadziałają jak piorunochron tylko z odwrotnym efektem. Jestem pewien, że wszyscy w tym momencie myśleli tak samo. Już pomijam ten deszcz, który zwłaszcza w połączeniu z niską temperaturą to największa zmora każdego z nas, ale burza w górach to już inna „zabawa”.
Obiegamy jezioro i zaczynamy krótką wspinaczkę, normalnie byłoby to jedno z licznych podejść do zapomnienia, ale nachylenie i błoto powodują że jest jak na lodowisku. Gdyby nie kijki, które zastąpiły czekany, niskie krzaki i kosodrzewina o które można się złapać, naprawdę nie wiem jak byśmy tam wleźli. Zrobiło się ciemno, czołówki włączone, bidony zatankowane na punkcie, który był za tym podejściem, zbiegamy w dół.

BOURG ST. MAURICE
Urokliwa miejscowość już po francuskiej stronie położona na 50-tym kilometrze trasy. Tu znajduje się duży punkt odżywczy na którym jest dozwolony osobisty support. To głównie o tym miejscu pisał organizator mając na myśli przemyślenie sprawy z wyjściem dalej na trasę. Za tym punktem jest najdłuższe podejście na całej trasie o łącznym przewyższeniu ok. 2000 metrów, kończące się na przełęczy Passeur de Pralognan na wysokości 2567 metrów, z której jest bardzo niebezpieczne i techniczne zejście.
Wbiegam tu ok. godziny 22:30, przebieram koszulkę, kilo sudocremu na stopy i suche skarpetki, z powrotem pakuje spodnie i kurtkę przeciwdeszczową do plecaka. Madzia tankuje mi bidony, Gabryś podaje arbuza, kilka nowych żeli i w drogę.

PASSEUR DE PRALOGNAN
To najcięższe podejście wychodzi mi się w całkiem dużym komforcie, a jest już ponad 60 kilometrów w nogach. Już od dawna nie pada, a na nocnym alpejskim niebie widać gwiazdy i odcinające się ciemne ostre wierzchołki gór. Nic nie zapowiadało tragedii. Lata blisko helikopter, ale myślę sobie że to nic nadzwyczajnego, przecież one ciagle tu latają. Po chwili docieram na samą górę przełęczy Passeur de Pralognan i ku mojemu zdziwieniu trafiam na dużą grupę biegaczy skulonych blisko siebie od kilkunastu lub kilkudziesięciu minut, a których nie powinno tu być. Większość już ubrana we wszystko co tylko mieli w plecakach i otulona w folie NRC – to ta kolejna rzecz która jest w wyposażeniu obowiązkowym i w tej sytuacji ratuje zdrowie, a może i życie setkom zawodników na raz, na moich oczach.
Są też ratownicy górscy, okazuje się że to jest to miejsce gdzie zaczyna się TO ekstremalne zejście o którym ostrzegano.
Był wypadek, zawodnik z Czech spadł z wysokości i jest w poważnym stanie, więcej nic nie wiemy. Pomoc była natychmiastowa, a ten helikopter brał udział właśnie w tej akcji.
Ja czekam tam już ponad 50 minut inni jeszcze dłużej, a w dole setki migających czołówek podąża w to miejsce jak wijący się wąż – widok niesamowity. Dostajemy upragnione zielone światło na dalszy bieg. Mija 02:00 w nocy, puszczają nas pojedyńczo po tym zejściu, jest lina poręczowa, są ratownicy, ale jeden zły ruch, chwila nieuwagi i można podzielić los Czecha. Schodzę siedząc praktycznie na tyłku, przyklejony do ściany, w lewo nawet nie zerkam. W końcu się udaje, jestem na dole.

KTO TO WYMYŚLIŁ ?
Kolejne kilometry to chyba najpiękniejszy odcinek na całej trasie. Jeszcze jest noc, ale powoli można dostrzec budzący się dzień. Co chwile mijamy w ciemnościach jakieś stadko alpejskich krów, które leniwie się ociągają, a nasz widok zupełnie ich nie wzrusza. Liczne rzeki i wąwozy, długie podejścia i zbiegi, niektóre ścieżki wytyczone na nieoczywistych nitkach, wśród głazów i kamieni i gdyby nie wbite tyczki nigdy bym nie pomyślał , że tu jest szlak. W pewnym momencie zegarek wibruje i mówi że jestem po za trasą, chwile mu nie dowierzam , ale coś jest na rzeczy. Nie widzę tyczek. Krótka wymiana zdań z Niemcem i Anglikiem, wracamy. Rzeczywiście 200 metrów wcześniej była krzyżówka, a my zauroczeni wschodem słońca zupełnie nie zauważyliśmy oznaczeń. Mamy też już ponad 15 godzin na trasie i taka sytuacja to nic nadzwyczajnego, bez większej straty. Do kolejnego punktu z Supportem zostało już niewiele, trzeba tylko pokonać 7 kilometrowy zbieg z niwelacją wysokości o 1400 metrów, a to dużo i mówi że może być ciekawie. Kręta kamienista ścieżka dosyć wygodna jak na panujące tu możliwości, nagle wytyczona jest tyczkami…w nic. Tzn w gęste zarośla, połamane drzewa, chaszcze i jeżyny. Wygląda to tak jakby ktoś wytyczył ten zbieg na chybił trafił – „o ! zbiegną sobie tędy”. Całkowicie na przełaj, kilka razy na tyłku, masakryczny zbiegiem dobiegamy do miasteczka Beufort na 90 kilometrze.

PRAŻY
W planie miałem tu ciut dłuższy postój, teraz teoretycznie miał zacząć się najbardziej krytyczny moment biegu. Do mety zostało jeszcze ponad 50 kilometrów i cała masa przewyższeń, dużo i wszystko może się zdarzyć, ale obiecałem sobie wcześniej, że jak dotrę do tego miejsca to już cokolwiek by się działo to muszę ukończyć, choćby pełznąc.
Jednak nie siedzimy tu długo, procedura „liftingu” przebiega dosyć szybko i z Beufort wybiegamy razem z Martą w naprawdę dobrej formie ( mimo tego że zbieg do tej mieściny oskalpował mi dwa palce w prawej stopie, adrenalina robi swoje ). Jest chwilę po 9:00, wcześniejszy piękny wschód słońca zwiastował że szykuje się piękna pogoda, boje się że za piękna. W 2019 na CCC było bardzo ciepło i wiadomo – lepiej jak nie leje, ale dostaliśmy w tedy strasznie w kość przez to słońce.

Zaczyna prażyć , ale nie ma tragedii. Wspinamy się trochę po łąkach, trochę w lesie, coś zawieje, zmoczymy głowy w strumieniu, lecimy dalej. Ciężkie podejście zamienia się w szeroki szutr, dobiegamy do jakiś wyciągów i nartostrad i oczywiście pastwisk. Pastwiska są wszędzie 🙂 Teren mocno pofałdowany, podejście-zejście. Nogi już mocno ciężkie i obolałe, ale jestem w stanie ciągle biec i to jest fantastyczne, ale trzeba być ostrożny.

LES CONTAMINES
Jest już po 14:00, w nogach ok. 114 kilometrów i uzbierane ponad 7700 metrów przewyższeń. Czas leci niesamowicie szybko, słońce które niedawno górowało nad głowami znowu powoli robi się jakby mniejsze. Przed biegiem głównym założeniem było ukończenie poniżej 30 godzin, a już na pewno przed drugą nocą. Do mety zostało 30 kilometrów, a w tych warunkach i z tym zmęczeniem to jeszcze ok. 6-7 godzin napierania. Liczę, powinno się udać. Mijam Col du Joly, punkt położony na 115 km, na wysokości 1989 m. , do kolejnego pozostało 8 kilometrów. Pójdzie szybko zwłaszcza, że większość będzie w dół. Jak ja się mylę, bardzo techniczny zbieg zakosami, korzenie, kamienie, wszelakiej maści wyrwy i przeszkody powodują , że robię ten odcinek (8 km) ponad 1,5 h. Ale ok, jest dobrze, jest Les Contamines.

9 x ŚNIEŻKA
Jest dobrze, przebiegam przez mieścinę Les Contamines do punktu położonego w jego centrum. Atmosfera jest tu wspaniała, biegnę praktycznie sam i każdy tu kibicuje, ludzie na ulicy, w restauracyjnych ogródkach, zwykli mieszkańcy i turyści. Plan mam prosty, opatrzyć się jak najszybciej, zjeść i zatankować jak najszybciej, i ile sił do mety. Madzia informuje mnie, że już ponad 1200 zawodników się wycofało – coś mi nie gra, aż tylu ?! rozumiem połowę ale 80% ! Ok to w końcu TDS myślę sobie. Nie ma czasu i siły na rozmyślanie, zostało 25 kilometrów i 1400 m. przewyższeń, trzeba lecieć do Chamonix, na metę.
Wg. profilu mam przed sobą jedno mocniejsze podejście, zbieg do Les Houches i całkiem przyjemny odcinek do mety. To „jedno mocniejsze podejście” to wspinaczka na przełęcz Col de Tricot na wysokości 2120 m. Można porównać do wejścia na Śnieżkę z Karpacza, 9 raz tej doby. Nie mam wyjścia, trzeba zmierzyć się i z tym, pocieszająca jest tylko myśl że to już ostatnie tego typu podejście na tym wyścigu. Wspinam się mozolnie, choć na tamten moment to było najszybsze tempo na jakie było mnie stać, wyprzedzam dwójkę zawodników, którzy już ewidentnie maja bardziej dość niż ja. Choć wiem że jeszcze kawał drogi na górę, to co jakiś czas zadzieram głowę do góry, chyba tylko po to aby się utwierdzić ile jeszcze męki pozostało. Zaciągnęło ciemną chmurą.

NIE DO UWIERZENIA
Po zdobyciu tej przełęczy zaczyna się dosyć trudny technicznie zbieg w stronę punktu o nazwie Bellevue. Zaczyna kropić, za chwilę pada trochę mocniej. Nie przeszkadza mi to, jest ciepło i nie chce mi się wyciągać kurtki, liczę że to przelotne opady. Po ok. 15 minutach przestaje padać, ale jest ślisko, teren jest mocno kamienisty, zdarzają się skałki po których trzeba zejść przy pomocy przywieszonych lin. Koncentracja 200 %, tym bardziej że zmęczenie jest już w apogeum, a ból wszystkich ruchomych elementów ciała utrudnia już każdy ruch. Przebiegamy nad rwąca rzeką przewieszonym mostem linowym. Musiałem się chwile zastanowić przed wejściem na ten most, jak się przez niego bezpiecznie przeprawić – schowałem kijki, chwyciłem się mocno lin co robiły za barierki i do przodu, deska po desce. Mostem zabujało kilka razy, jestem po drugiej stronie. Po chwili spokojnego biegu, tuż przed punktem, na ścieżce gdzie miejsce jest tylko dla jednego człowieka, wyłania się widok dwóch byków wielkich jak lokomotywy, które stoją obok siebie, tyłem do mnie.
Po ich lewej stronie jest zachwaszczone urwisko którym nie ma szans przejścia, po prawej stronie jest skrawek trawy który jest zajęty przez dwa żrące tą trawę łby. Sytuacja jest nie do uwierzenia, żałuje że nie zrobiłem zdjęcia bo absurd tego momentu jest niesamowity. Stoję chwile za tymi bykami i nie wiem zrobić, w końcu jednego szturcham kijkiem, żeby w ogóle zauważyły że jestem za nimi, zero reakcji. Po chwili reagują na jakieś moje pokrzykiwania, ale tylko na tyle, że wzięły te swoje łby z tej trawy i mogłem się prześlizgnąć tym skrawkiem niemalże opierając się o ich rogi. Później okazało się że masa zawodników miała tą samą przyjemność obcowania z alpejską fauną co ja w tym miejscu
Jestem w Bellevue.

META
Zbiegam do ostatniego punktu przed metą, do miasta Les Houches położonego na 139 kilometrze trasy. Zbieg jest dosyć wygodny, sporo asfaltu. Nogi już ledwo ciągną, ale wiem że to końcówka. Jeszcze tylko 8 kilometrów. Tankuje picie na punkcie, i z Les Houches wybiegam o 19:25. Mimo ogólnego hiper zmęczenia, jest względnie dobrze jak na ten moment biegu. Do tego dochodzi uczucie zbliżającego się końca i adrenalina też robi swoje. Przed Chamonix ścieżka jest trochę pofałdowana, ale biegnę ile mocy w nogach. Dobiegam do pierwszych zabudowań, powoli zmierzam do centrum na metę. Na początku tej relacji wspominałem o tym czym jest meta UTMB, i dokładnie tak jest. Całe Chamonix jest metą, biegnę sam przez jego centrum, wczesnym wieczorem kiedy jest tam cała masa ludzi. Samochody stają na ulicy i ludzie z nich wychodzą aby bić Ci brawo, dzieci przybijają piątki. Dziesiątki ludzi kibicują na chodniku i z przy ulicznych knajpek, przeciskam się przez to centrum w niesamowitym rumorze i niesiony emocjami tych setek ludzi wbiegam na ostatnią prostą. Spikerka wita mnie z daleka w jeęyku polskim, dobiegam do bramy, przekraczam linię mety. Jest cudownie, siadam…i żałuję, że to już koniec. Jest godzina 20:21, zegarek pokazuje mi 151 kilometrów ( o 5 km. więcej niż jest oficjalnie podane ) i blisko 9000 metrów pokonanego przewyższenia, czas 28h:50:30. 106 miejsce open, 5 Polak.

WIADOMOŚĆ
Niedługo wynik okazuje się sprawą nie najistotniejszą tego dnia. Na mecie dostaje wiadomość od Madzi, że te 1200 osób z DNF to zawodnicy, którzy w większości zostali zatrzymani tam na przełęczy. Po akcji ratunkowej zawodnika z Czech, puszczono jeszcze pewną grupę zawodników (w tym mnie) dalej na trasę. Ale prawdopodobnie po potwierdzeniu tej najgorszej informacji, o śmierci naszego kolegi, organizator najpewniej w obawie o bezpieczeństwo pozostałych zawrócił ich do ostatniej miejscowości gdzie zakończył się dla nich ich bieg. Ta smutna okoliczność tylko potwierdza jak trudny są to zawody a w szczególności trasa TDS-a, i że trzeba być gotowym na wszystko…
Natomiast piękne jest to, że większość z tych 1200 uczestników chce wrócić tu za rok i pobiec raz jeszcze.

SUPPORT
Mój jest doskonały- Madzia z Gabrysiem , oraz Bartek z synem Michałem, o ich pracy podczas całego TDSa można napisać zupełnie osobną relacje. Blisko 30 godzin na nogach, jeżdżąc od punktu do punktu po alpejskich wąskich ścieżkach. Nocują w busie, układają plan działania przed naszym przybiegnięciem, w trakcie naszej bytności na punkcie, i kolejne kroki po naszym wybiegnięciu. Są doświadczeni, każdy wie co ma robić i w jakiej kolejności, bardzo mało trzeba podpowiadać, wszystko jest gotowe na czas – to wielka praca i nieoceniona pomoc. Dziękuje.

UTMB
Czy już wspinałem że UTMB uzależnia ?…

Pozdrawiam Paweł Wiśniewski 😊