Search Menu

Pamiętnik z obozu

12 lutego 2019

Pamiętnik z obozu czyli Karkonosz Running Team
na gościnnych występach w węgierskim HEVIZ

W czasie kiedy u nas zima przybierała monstrualne wymiary a poziom białego g…. przekraczał już dopuszczalne normy, zwłaszcza trenera 😉  zdecydowana większość klubowiczów wybrała się na obóz biegowy do Heviz. Kiedyś Balaton kojarzył się ze swego rodzaju luksusem, wyjazd na wczasy w te rejony był wyrazem dobrobytu. Dziś, no cóż dla Węgrów czas stanął w miejscu, jak to Sławek wspomniał w którymś momencie „pociąg Europa” znacznie odjechał. Obóz rozpoczęliśmy od krótkiego rekonu po okolicy żeby trener zobaczył, gdzie i jakiego rodzaju tortury biegowe zastosować, każdemu według zasług rzecz jasna.

Nieopodal hotelu jeziorko termalne, ooo już było nieźle, plan na potreningowe pływanie w ramach regenery już zakiełkował w naszych głowach. No i fajnie, okazało się, że nawet mamy gdzie biegać, trochę pod górkę ale co tam, siła biegowa to podstawa. Od tej pory już było tylko pod górkę, dosłownie i w przenośni. Treningi dwa razy dziennie. Panowie to nawet pętelkę crossową znaleźli, taka była fajna, trener zachwalał, że taka super jednostka treningowa. Może i super ale jak zrobiło się wiosenne ciepełko to super miękkie błotko tak skutecznie oblepiło nieśmigane nówki asicsy czy inne Nike, że czułam się jak bym trenowała ciężary.

To jednak pikuś przy węgierskim super stadionie, tuż nad Balatonem. Jedynym atutem była pełnowymiarowość, przynajmniej odcinki łatwiej liczyć 😉 Póki z samego rana jeszcze było chłodniej i twardo to było ok. ale jak nasze stadko w liczbie ok. 20 osób przeleciało swoje pierwsze odcinki zrobiło się super miękko a mączka ceglana, zwana umownie sypkim tartanem stała się super błotem. W takich okolicznościach przyrody trener bezlitośnie zapodał trening dwieście, czterysta i tysiączki. Hahaha widok po treningu bezcenny, tym razem nie białe ale prawdziwe g…. przypominał. My jesteśmy przyzwyczajeni ale wśród gości hotelowych, głównie starszyzny i sanatoriuszy wzbudzaliśmy niezłą sensację, zwłaszcza chłopaki w rajtkach a powroty w obłoconych ubraniach pewnie snuły domysły u wielu z nich.

Sensacją dla nas był jednak basen hotelowy, który basenem okazał się tylko z nazwy. Boksy basenowe wypełnione ludźmi, delikatnie posługując się nomenklaturą biegową w kategorii mniej więcej 70 +, zero miejsca do pływania, Jadzia zaczęła pływać po obwodzie bo jeden boks miał może ze trzy długości ciała, za to śmierdziało tak, że nawet jakby komuś nieopatrznie się coś wymsknęło to nikt by nie zwrócił uwagi. No cóż, siedziałyśmy w tych wodach od 30 do 38 stopni, mniej lub bardziej śmierdzących, bo to podobno walory zdrowotne miały. Zobaczymy czas pokaże czy to SPA przyniosło efekty.

Wieczory, no cóż były tylko dla nas, delektowaliśmy się swoim towarzystwem, rzadko bowiem mamy okazję spędzać ze sobą czas. To popijaliśmy grzane wino w kolejowym pubie, z okazji urodzin koleżanki Agi, gdzie furorę zrobiły czapki kolejowe. Dzięki uprzejmości barmanki sesja zdjęciowa okazała się hitem a zostawiony utarg w pubie pewnie był pewnie jednym z lepszych w tym okresie.

Kolejny wieczór i kolejne urodziny Adama, gdzie atrakcją wieczoru była zabawa w kalambury. Nawet ja, oporna materia w tej dziedzinie dałam się namówić a zabawa była wyśmienita. Kury, dinozaury, różowe pantery w roli głównej a kategorii wydawało się nie być końca. Biegacze to jednak mają wyobraźnię, mięśnie brzucha dostały tak w kość, że nie potrzebne były piłki lekarskie.
Te chwile pozostaną w pamięci, kolejny tydzień, spędzony wspólnie, przeplatany reżimem treningowym i zabawą. Czy można chcieć czegoś więcej? Oczywiście, że można dlatego pojedziemy jeszcze w wiele nowych miejsc. DZIĘKUJĘ!!! DO NASTĘPNEGO !!!
Ela.