Paradoks życia

To już 4 dni. Winterfell chyba zdążyło się obronić. Avengersi pewnie zwyciężyli Thanosa. A ja wciąż czuję czwórki. Choć dziś już schody nie stanowią wyzwania. Kłania się brak ćwiczeń, które czas najwyższy wprowadzić do repertuaru przygotowań na najważniejszy start tego spokojnego sezonu. Same rozciąganie, fizjo i spacery z psem niestety nie wystarczą. Zanim nadeszły biegi w Szczawnicy, te 3 miesiące ponownego trenowania było spokojnym zbieraniem kilometrów i nabieraniem tempa. Euforii przygotowań nie popsuł nawet staw skokowy, który udało mi się z moim fizjo wyleczyć w 2 tygodnie. Po 4 miesiącach totalnej laby zupełnie siebie nie poznawałam.
Mam słabość do tej imprezy, odkąd wystartowałam tam w zeszłym roku, a moją determinację by w niej brać udział widać już od 3 sekundowych zapisach. Pieniny, super organizacja, sama Szczawnica i nocleg tym razem w jednym z najpiękniejszych schronisk-Schronisko Orlica, które gorąco polecam, uczyniły ten wyjazd przyjemnym doświadczeniem pomimo trudów długiego dystansu.

Jednak bez doborowego towarzystwa, z którym mogę godzinami prowadzić inteligentne dysputy mocno naszpikowane ciętymi ripostami, ten wyjazd byłby „tylko” kontemplowaniem przyrody, a tak dał mi poczucie prawdziwego szczęścia przebywania z wyjątkowymi w swym absurdzie i biegowym szaleństwie ludźmi. Sam start był powtórką odczuć z zeszłego roku, tylko nie zwracałam już uwagi na różnorodność barw. Idealna aura pogodowa, bez osłabiającego upału nie zmniejszyła jednak mojej potrzeby ciągłego nawadniania. Pomarańcze i cola znów smakowały niesamowicie. Na trasie zmagając się z wykańczającymi podejściami czerpałam przyjemność z krótkich konwersacji z pozostałymi towarzyszami biegu, chmur, mgły i chwilowej mżawki, dodatkowo ślizgając się w paru miejscach po płatach śniegu i chłonąc soczyście zielone Pieniny każdą cząstką siebie. Na koniec upragnione endorfiny zupełnie mnie pozamiatały. Wielka Prehyba jest kolejnym biegiem, który potwierdził, że bieganie prawie zupełnie przestało być dla mnie formą wyścigu, poza wyjątkowymi okolicznościami, w których mam chwilowy zew geparda. Zaczęłam w bieganiu stawiać na wytrwałość i siłę. To stało się moim celem w fizycznym i po części też psychicznym aspekcie. Dziś spacerując po moich biegowych ścieżkach Parku Tysiąclecia i patrząc ze spokojnym dystansem na przeżycia ostatniego weekendu, czuję jednak częściową pustkę. Brakuje tego entuzjastycznego polotu myśli. Jest całkowite wyciszenie. Na metę wbiegłam zdecydowanie, spokojnie, bo nie było nikogo, kto by mi „zagrażał”. Kto miał mnie wyprzedzić, już to uczynił. Tuż za linią mety, kiedy skończyłam biec i zaczęłam iść, poczułam ogrom zmęczenia i ból mięśni. Szłam jak paralityk. Z poczucia obowiązku zjadłam zupę, choć pierwszą czynnością było zaspokojenie głodu pomarańczy. Zrobiłam to wszystko w samotności swych myśli, gdyż czekający na mnie Sławek spodziewał się mnie dopiero jakieś 18 minut później. Osiągnęłam moje ciche pragnienie złamania przynajmniej 6 godzin, co dało mi ostatecznie 253/626 uczestników, 29miejsce/170 kobiet i 6miejsce w K40. Do samego wyniku podeszłam spokojnie, czerpiąc informację o statystykach od innych. Powyższy wynik potwierdził, że osiągnęłam poziom biegowy, który jest mocną podwaliną do dalszego trenowania.

Ten weekend powinien być pasmem niczym nie zmąconej radości. Jednak gdzieś z tyłu głowy, zupełnie poza biegowymi przeżyciami, na chwilę tylko stłumione czekały na mnie zupełnie inne myśli. Teraz nadszedł ich czas. Głęboko w mym sercu, w tym wyjątkowym miejscu, w pewnej małej podkarpackiej wsi, pozostanie na zawsze ktoś mi bliski. Będąc już za niecałe 2 miesiące w swych ukochanych Bieszczadach znów będę szukać ukojenia dla mego skołatanego życiem serca. I cieszyć się biegiem, który pewnie uczyni mnie jeszcze silniejszą. W końcu życie jest pełne paradoksów.