PASSO DELLO STELVIO STILFSERJOCH

Dzień piąty. Kolejny dzień wypełniony po brzegi. Minuty, godziny i dni mijają tak szybko, że już tracimy rachubę jaki to dzień. Tyle się już wydarzyło a ile jeszcze przed nami. Pierwsza część dnia to klasyka, znaczy jak przystało na biegaczy solidny trening. Nasz klubowy kolega Michał, degustując codziennie różne kawy w hotelowym bufecie tak zaskarbił sobie względy, że Pani nie tylko zaserwowała mu ciasteczka do kawy ale i namiar na super trasę biegową. To się nazywa zawodowe podejście do sportu. Michał pojechał, przetestował i nas tam zabrał. Trasa położona nieopodal, zaledwie kilka minut jazdy i w środku gór pojawia się niekończąca się płaska półka szutrowa. Tego nam dzisiaj było potrzeba, wybiegania na luzie, bez napinki w tzw. tlenie. Co niektórzy nawet doznali solidnego ożywienia, na granicy PB z powodu odgłosu do złudzenia przypominającego dzika. Ten, kto jeździ na obozy zna już te sztuczki ale i tak można było się złapać. Po treningu solidna dawka rozciągania i narada co dalej z resztą dnia. Szybka decyzja, bez głosu sprzeciwu i wybór padł na wjazd na szczyt pod lodowcem na wysokości 3174 m.n.p.m. Zanim jednak wjazd to trzeba poraz kolejny zaliczyć znane nam już z pierwszego dnia 47 zakrętów po przełęczy Stelvio. Oczom nie chciało się wierzyć jak duży ruch panuje na tej drodze. Samochody ledwie się mijają a motocykliści wykonują ewolucje ma zakrętach. Chyba tylko po to, żeby znaleźć się na fotkach panów z Fotobudek ustawionych niemal na każdym z nich. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy na miejscu, udajemy się w kierunku kolejki górskiej. Chyba wyglądaliśmy profesjonalnie i dobrze nam z oczu patrzyło bo dostaliśmy ekstra cenę za przejazd. Trzy..dwa.. jeden.. wystartowaliśmy i kolejne zdziwienie. Na górze, gdzie normalnie powinno być bardzo zimno, termometry wskazywały kilkanaście stopni a piękne słońce tak operowało, że odczuwalnie było bardzo ciepło. Rozgościliśmy się więc na tarasie schroniska, obowiązkowa sesja zdjęciowa z lodowcem w tle. Foty w różnych odsłonach, to miejsce i czas, które koniecznie trzeba uwiecznić mimo, iż zdjęcia nigdy nie oddają rzeczywistości. Cała reszta zostanie w naszej pamięci. Jeszcze tylko niewielkie wzgórze na przełęczy i przyszedł czas powrotu a droga powrotna oczywista, nie chciała się wyprostować, jedyne co się zmieniło to, że tym razem wiodła w dół. Zauroczeni, fantastycznie zmęczeni wróciliśmy na kolację i jeśli ktoś myśli, że to koniec dnia to jest w błędzie. Dość liczna grupa postanowiła się zregenerować w pobliskich termach. Jeziorko z wodą termalną w lesie, czego chcieć więcej. Teraz można iść spać bo jutro kolejny, jeszcze ciekawszy dzień.