Po życiówkę do Barcelony

Barcelona zawsze była dla mnie szczęśliwa. Każdy przyjazd tu wiązał się z czymś ważnym, każdy był niezapominany. Tym razem celem było nie tylko słońce, za którym tęskniłam już bardzo, ale i życiówka w półmaratonie. Złamanie bariery 1.30. Czułam się przygotowana, ale…
Pierwszy trening w słońcu i temperaturze blisko 20 stopni lekko podciął mi skrzydła. Brakowało mi tlenu… Organizm lekko wariował. Przyzwyczajony do treningów w mrozie mówił: NIE! W czwartek rano zaczęła mnie boleć noga. Dzień wcześniej zrobiłam 18 km włócząc się po mieście. Trener wprawdzie pisał „nie przesadzaj z chodzeniem”, ale jak po Barcelonie nie chodzić…:) Zwłaszcza, że już wina sobie odmawiałam, narażając się na uszczypliwości ze wszystkich stron 🙂
Do soboty bolało mnie wszystko. Żartowaliśmy, że to tzw. bóle urojone. I chyba coś w tym było, bo w niedzielę rano czułam się świetnie! No może poza lekkim stresem, który ściskał mi żołądek.
Jadąc metrem na start w głowie miałam już tylko słowa trenera – nie zacznij za szybko! Już wcześniej postanowiliśmy, że początek pobiegnę z pacemakerami na 1.30. Trzymanie tempa nie jest moją mocną stroną. Tyle, że okazałam się „blondynką”. Pacemakerzy na 1.30 stali w strefie „od 1.30 do 1.45”, ja „od 1.20 do 1.30”. Biegło ponad 17 tysięcy ludzi, strefy były zamknięte, start falowy.

– No to geniuszu możesz liczyć tylko na siebie – pomyślałam. Ostatni łyk wody, odliczanie i START. Zaczęłam wolno, za wolno! Pierwszy kilometr 4.17. Kolejne dziesięć już lepiej od 4.08 do 4.13. Co 5 km punkty z wodą w małych butelkach (cudowna rzecz). Część wypijam, część wylewam na głowę. Jest zimna, liczę że oszukam organizm. Robi się gorąco, a ja biegać w cieple nie lubię.
Mimo to biegnie mi się bardzo lekko. Na 12 km dobiega do mnie Elena – Hiszpanka. Biegniemy dwie, w sporej męskiej grupie. Uśmiechamy się do siebie i mobilizujemy. Elena biegnie jak maszyna. Ustawiam się pół kroku za nią i skupiam na jej kroku.

Ale na 16 km zaczyna ciężko oddychać. Wyprzedzam ją, podaje wodę, mówię, że teraz ja poprowadzę. Kilkaset metrów dalej odpada. Próbuję ją jeszcze mobilizować… (na mecie okaże się, że był to chwilowy kryzys i też złamała 1.30.) Na 18 km wiem już że wymarzone 1.30 jest moje. Wtedy pojawia się myśl, że mam szansę na złamanie 1.29. więc czemu nie spróbować. Przyspieszam. Dwa kilometry przed metą czeka mnie może stumetrowy, ale ostry podbieg. Trzymam tempo, czuję jak gotują mi się uda. Biorę łyk wody i krztuszę się. Zaczynam kaszleć. W myślach rzucam kilka niecenzuralnych słów. Tętno po raz pierwszy przekracza 175. Na chwilę zwalniam. To wystarcza żeby się uspokoić. Na ulicach tłumy kibiców. Pokrzykują, śpiewają, grają na bębnach. Na 20 kilometrze przyspieszam jeszcze bardziej. Zegarek pokazuje 4.05. Ale ja mam sporo siły i już nic do stracenia. Na mecie płaczę, śmieje się, ściskam z obcymi ludźmi.

Emocje wielkie. Mój Garmin komunikuje, że pobiegłam 1.29.11., średnie tempo 4.12. Oficjalny czas okaże się sekundę lepszy. Idę świętować… Przede mną kolejne wyzwania. Już w kwietniu maraton! Nie kryję, że po tym jak rok temu w Paryżu pobiegłam 3.13. mam chęć złamać 3.10.
Jak trener pomoże spróbuję się z nim rozprawić 🙂