Search Menu

Po życiówkę do Monachium

11 października 2017

Decyzja o starcie w półmaratonie w Monachium zapadła w Maju. Profil trasy wskazywał, że to może być dobre miejsce na próbę poprawy życiówki. Trochę martwiły zakręty, których było całkiem sporo, ale tutaj nie ma się, co dziwić organizatorom jeśli trasa jest poprowadzona przez całe miasto. Trochę bałem się kostki, ale jak się później okazało wcale tak dużo jej nie było np. w porównaniu do półmaratonu Wrocławskiego. Na cały „festiwal” w ramach niedzielnego biegania składał się maraton, półmaraton, 10 km i sztafeta maratońska. Dodatkowo w sobotę odbywał się tradycyjny bieg w kostiumach. Czyli każdy cos znajdzie dla siebie – dobra opcja na wyjazd większą grupą (np. klubowy wyjazd na bieganie) Wpisowe wcale takie niskie nie było a w dodatku za chipa od pomiaru czasu płacimy za wynajęcie lub kupujemy go na zawsze (za koszulkę też się extra płaci). Do Monachium dotarliśmy z Ania w sobotę lekkim popołudniem. Wybraliśmy transport lotniczy i z lotniska dość szybko (bardzo dobrze zorganizowana komunikacja miejska) dotarliśmy do biura zawodów, które znajdowało się na terenie kompleksu olimpijskiego – następnego dnia mieliśmy finiszować na bieżni słynnego stadionu. Odbiór pakietu startowego odbył się sprawnie. Po wyjściu z hali jedynie, co martwiło nas to ciągle wiejący wiatr, który zwiastował że o dobry wynik będziemy musieli trochę bardziej powalczyć. Pozostało już tylko się nawadniać, czyli tradycyjne już i sprawdzone przez niektórych biegaczy sposoby: „piwerko” i „winerko” (ale tylko tak dla smaku). Trochę niedowierzałem tej teorii a praktyka miała zweryfikować teorie dnia następnego.

Rano z okna hotelowego przywitał nas padający deszcz i ciągle mocny wiatr – łatwo nie będzie. Jedyne co pocieszało to fakt, że półmaraton startował o 13:30 a pogoda miała się poprawiać. Z hotelu na start mieliśmy 5 minut drogi. Wszyscy czekali do ostatniej chwili z złożeniem worków do depozytu, aby trzymać ciepło przed startem jak najdłużej – czyli 15 minut przed wystrzałem. Półmaraton pokrywał drugą część trasy maratonu. Start półmaratonu był tak zaplanowany, aby najwolniejsi zawodnicy maratonu minęli miejsce startu półmaratonu przed wystrzałem. Pożegnaliśmy się z Anią i ruszyliśmy do swoich stref startowych. Punktualnie o 13:30 wystrzał z (to chyba była jakaś armata) i ruszyliśmy. Plan był, aby pierwsze „km” biec po 4:30 i potem decydować jak dyspozycja dnia. Jak to zwykle bywa plany pozostały planami. Początek był dużo mocniejszy niż planowaliśmy, ale czułem się dobrze. W pierwszej części trasa półmaratonu była pofałdowana, przez co tempo zmieniało się. W głowie jednak pamiętałem, ze druga część trasy jest bardziej sprzyjająca równemu tempu (nawet lekko opadająca w dół). Kolejne „km” mijały szybko, czasami trochę deszcz popadał, wiatr podwiewał z każdej strony (niestety warunki odstraszyły też kibiców). Około 15 km lekki kryzys, ale meta była coraz bliżej, więc starałem się trzymać równe mocne tempo. Oznaczenia trasy bardzo dobre (taśmy, barierki, nie pamiętam abym gdzieś widział jadący blisko samochód). Na trasie były 3 rodzaje znaczników km: dla maratonu, półmaratonu i pod koniec trasy też z biegu na 10 km – dzięki temu głowa była cały czas zajęta liczeniem czasu do mety. Niestety przez takie podejście straciłem cały urok biegania w takim fajnym, mieście. Przed samym stadionem wiedziałem już, że biegnę po nowy rekord. Ostatnie 300 m to bieżnia stadionu olimpijskiego – aż dziwne ile człowiek jest jeszcze w stanie z siebie „wydusić” w takim miejscu i przy takim dopingu. Na ten moment czekałem 5 lat (od poprzedniej życiówki). Kiedy zobaczyłem oficjalny wynik byłem mega szczęśliwy – 1:33:13. Liczyłem na życiówkę, ale nie o czas lepszy o ponad 2 minuty.

Z piwem w ręku (znowu to nawadnianie) czekałem na Anię. Szkoda, że pogoda była kiepska bo wizja pikniku na płycie stadionu była bardzo miła. Obsługa na mecie na „wypasie” – co kto lubi. Ania zjawiła się szybko, jej wynik – 1:54:18 . Potem szybko poszliśmy odebrać worki z depozytu, przebrać się i czas na powrót do domu. Na pewno będę miło wspominać ten start. Ania rozważa czy aby w przyszłym roku nie biec w Monachium maratonu. Ja chętnie też tutaj wrócę. Organizacja biegu bardzo dobra, trasa szybka, przez piękne miasto. Logistycznie też blisko naszego kraju – nie pozostaje nic innego jak wpisać sobie datę w kalendarz – 14.10.2018.

Do zobaczenia za rok.