POZNAŃ W RÓŻNYCH ODSŁONACH

Jak przetrwać bieg kiedy nie idzie tak jak powinno 🙂 Tego właśnie dowiecie się z relacji Eli z największego w historii biegu w Polsce 🙂

Ostatni weekend w Poznaniu przebiegł pod hasłem (pi……) . Padło wiele niecenzuralnych słów, po co nam to było (pi…), kto wymyślił ten wyjazd (pi..), było koło domu pobiegać, tyle biegów Niepodległości jest. Nieee, zachciało się jechać, bić rekordy, bo największy bieg, bo piękny medal (fakt jest śliczny) bo rogale itd. Bieg, który w istocie mógł się okazać super marszem niepodległości, przy tej ilości ludzi. Już od samego początku Poznań był mało przystępny, nie wiedzieć czemu nawigacja poprowadziła nas okrężną drogą. Ok, jesteśmy na miejscu, teraz trzeba logistycznie ułożyć plan na jutro, stanęło na tym, że zostawimy auto z manelami do przebrania gdzieś w okolicach startu, bo rano zamykają ulice a poza tym przy tej ilości biegaczy znalezienie miejsca będzie graniczyło z cudem. I tak przygotowane pojechałyśmy do biura zawodów po pakiety. Niby kilka kilometrów a jechałyśmy, jechałyśmy i nie było końca. Co to znaczy gdzieś blisko zaparkować zweryfikowało życie, to znaczy jakieś 1,5 km ale jakie byłyśmy szczęśliwe, że jest uliczka, stoją samochody i nie ma zakazu, super. Może nie będzie tak źle, zaraz sprawdzimy ile nam czasu zajmie dojście do biura zawodów. Trochę ponad 10 minut spacerem, dobra chyba damy radę, przecież mogło być gorzej. Tuż przed godz. 19 weszłyśmy do biura zawodów a tam mnóstwo stanowisk odbioru pakietów, żadnych kolejek, wszystko dość sprawnie, kilka zdjęć na ściance i jest git.

Pierwsze (pi…) pojawiło się jednak bardzo szybko, okazało się, że start jest z zupełnie innej ulicy, na ten moment nawet nie wiedziałyśmy w którym to kierunku, depozyty gdzieś tam, też każda gdzie indziej bo były przydzielone do stref startowych. Nasze 1,5 km wydłużyło się teraz do kilku (pi….) No cóż szybka decyzja, wracamy autem, rano jakoś dotrzemy taksówką, będziemy się martwić jutro jak Scarlet w „Przeminęło z wiatrem”. Miałyśmy plany spotkać się ze znajomymi, powłóczyć się trochę po centrum, zasmakować uroków wielkiego miasta, tym bardziej w świątecznej odsłonie i coraz bardziej nam się odechciewało a czas leciał, do domu jakby daleko. No nic wracamy i nasze piękne oczy w jednej chwili zeszkliły się dość mocno, jakby nam było mało wrażeń. Na szybce bilecik zapraszający ze straży miejskiej i blokada na kole, żebyśmy nie uciekły (pi..pi…pi..). Po telefonie, nawet stosunkowo nie długo stawia się dwóch młodych panów w mundurkach, na szczęście dość życzliwych i po bardzo emocjonalnych negocjacjach ściągają blokadę i kończą pouczeniem. Uff, tyle naszego. W domu okazało się, że niestety nie zamówimy taxi na rano, trzeba to zrobić jutro, gospodarz obiektu był tak miły, że obiecał nam to zorganizować. Trzeba było jednak ogarnąć się inaczej, żadnych ciuchów na zmianę, szybka decyzja, jedziemy tak jak biegniemy, umawiamy się po biegu w jakimś punkcie zbornym, bo ani ja ani Sylwia nie bierzemy telefonu, tylko Jadzia jest przygotowana, do nas nie zadzwoni ale zawsze może spróbować po taksówkę. Faktycznie, dotarcie na linię startu oznaczało długi spacer dookoła obiektów, wszędzie barierki ale jak już obczaiłyśmy co i gdzie, punkt zborny, strefy startów to znalazłyśmy sobie ciepłą miejscówkę w hallu hotelu tuż przy starcie, gdzie mogłyśmy sobie przeczekać aż do rozgrzewki. Po wejściu do stref startowych różne myśli w głowie, czy to w ogóle możliwe biec w tych warunkach, stoimy tam jak śledzie, organizator zadbał o wspólną rozgrzewkę, dziewczyny na platformach ze szczerym uśmiechem dwoiły się i troiły, żeby choć trochę nas rozruszać i była kupa śmiechu, bo w tym tłoku nie było jak ręki podnieść a o kolanie do góry nie wspomnę. Wszyscy zgodnie z regulaminem ubrani w koszulki z pakietu białe i czerwone, na hasło o ustawieniu się białe po prawej czerwone po lewej, grzecznie uformowaliśmy flagę narodową i zrobiło się bardzo doniośle a jak wspólnie zaśpiewaliśmy hymn, wszystkie zwrotki to ciary szły po plecach a w oku zakręciła się łza. W takich chwilach zapomina się o niedociągnięciach. Nadeszła chwila startu, puszczali strefami co 4 minuty. Byłam w drugiej fali, toteż na swój start nie musiałam długo czekać, pobiegła elita a za nią my. I moje pierwsze, jakże pozytywne zaskoczenie. Bieg poprowadzony chyba najszerszymi ulicami Poznania, biegło mi się znakomicie od startu do mety z bananem na twarzy, bez napinki, to dla mnie jak wisienka na torcie. Tego się nie spodziewałam, że będę mogła w ogóle biec a co dopiero ścigać się i próbować walczyć o wynik. Chciałam jednak to zrobić, zakończyć sezon w takim miejscu, w tak dużym biegu i jeśli warunki na to pozwalają, to ja zrobię wszystko żeby „przegonić siebie”. Mniej więcej od szóstego kilometra wiedziałam, że jak utrzymam to tempo i nic się nie wydarzy to będzie życiówka. I tak spokojnie, mijając kolejnych zmęczonych już biegaczy dobiłam do mety, wyłączając zegarek a na nim 43:53. Łzy szczęścia napłynęły do oczu, chwila refleksji, że nie można rezygnować z marzeń, trzeba wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, jeśli chcesz je spełniać. W takim nastroju szłam sobie już spokojnie w strefie mety po odbiór pięknego pozłacanego medalu i trofeum w formie rogala. W oczekiwaniu na dziewczyny spotkałam kilkoro znajomych i tak szybko minęło, kiedy Jadzia i Sylwia tez zameldowały się na mecie. One miały jednak nieco trudniej, strefa dziewczyn była zdecydowanie bardziej liczna i tam trudniej, mimo szerokich ulic, o przebicie się przez tłum. Toteż, wprawdzie cały czas w biegu ale potraktowały go bardziej turystycznie i obserwowały wszystkie okoliczne atrakcje a trochę ich było, na wszystkich ulicach zespoły grające też w różnych odsłonach.

Na tym koniec pozytywnych atrakcji. Limit wyczerpałyśmy (pi…) było wypowiadane na tysiąc różnych sposobów. Droga do domu była drogą przez mękę. Zero taksówek, miasto zabite korkami, przyszło nam iść piechotą, pełno barierek, trzeba było iść okrężną drogą. Zanim przebiłyśmy się przez centrum, przez tłum świętujących ludzi ( swoją drogą to cudnie jak miasto może żyć w takie święto ) mijały kolejne minuty a my jakby ciągle w tym samym miejscu. Zmarznięte, zmęczone i ciągle daleko, w końcu jakaś przytomna miejscowa kobieta pokazała nam w miarę szybką trasę wyjścia z centrum i poradziła wsiąść w autobus. Trochę ryzykowne w naszym wydaniu, zwłaszcza, przy pechu który nam towarzyszył, bo przecież nie mamy biletów a nie w każdym autobusie można kupić. No cóż, kto nie ryzykuje… i tak przekonane o wyborze środka lokomocji w ciągu kilku minut siedziałyśmy już w ciepłym autobusie i aż wstyd ale niestety pasażerki na gapę. Biletomat był nieczynny. Na szczęście kanary chyba też miały święto. Droga jednak długa, w trakcie Jadzia dostała smsa o wynikach z biegu i link do wyników w ogóle. W tym miejscu o mało nie zeszłam, jak sprawdziłam swój wynik oficjalnie 44:56. Co jest (pi…) przecież to nie jest możliwe dwie , trzy sekundy zgoda, ale ponad minuta. O co chodzi. Maksymalnie wnerwiona nie miałam już ochoty na rozmowy, tyle zdrowia zostawić na biegu, taka radość i w jednej chwili szlag trafia wszystko. Nie powiem ile niecenzuralnych słów przewinęło się w mojej głowie. Uff dojechałyśmy, teraz tylko prysznic i do domu. Wyjazd z tego miasta. I co ? (pi…) bilecik na samochodzie!!!!!!!!!! Tym razem jednak nie straż tylko numer telefonu. Pojawił się chętny na randkę z Jadzią za przetarcie auta. Tylko nie to, znowu zeszklone oczy!!!. Po co nam to było (pi…pi…) Nigdy więcej do Poznania, wyleczyłyśmy się z Wings’a, choć gdzieś się pojawiła taka myśl po drodze. Czy aby na pewno? Czas pokaże, bo przecież ostatecznie nic nam się nie stało, mandatu nie zapłaciłyśmy, bieg był cudny mimo wszystko, Jadzia ma telefon do gościa a przecież mógł odjechać. Nadto, w drodze do domu okazało się, że ten błąd w pomiarze czasu dotyczył wszystkich, była zadym i skorygowali czasy, dostałyśmy smsa z oficjalną korektą. Wracam z tarczą, mam to, spełniłam marzenie, tylko czemu to tyle kosztowało.
Pozdrawiam Ela 🙂