Search Menu

Przeżyć Szczawnicę :)

23 kwietnia 2018

Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim_ Szczawnica 2018. Pierwsza myśl? Ależ widoki! Ośnieżone Tatry, Pieniny, Beskid Sądecki… Druga myśl? Upał! Trzecia myśl? Potworny Upał! 8:30 Lampa. 21C. Pierwsza znajoma twarz. Podbiega do mnie Paweł Czerniak. Kilka zdań. Mobilizacja. Obaj wiemy, że to będzie trudny bieg. Chwilę później dostrzegam Ulę Ka. Właśnie pisze…posta 😊 Robimy wspólną fotę i lecimy na rozgrzewkę. Żartujemy. W kolejce do tojtoja drzemy łacha 😊 Oboje podekscytowani przed „pierwszym razem” …. w Szczawnicy 😊 9:00 Pełna lampa. 24C Start biegu Wielka Prehyba. Przed nami ponad 43km. Początkowo płasko, później już tylko do góry. Dobry kąt natarcia. Biegnę równym tempem, spokojnie. Śr. bcm 138. Wyprzedzam kolejnych zawodników. Pojawiają się pierwsze zbiegi – szkoda, bo na nich przeważnie tracę wypracowaną przewagę. Na 7 km potykam się o…nic. Gleba z fikołem. Noty: 9,5, 10, 9,5 😊 Na szczęście koszulka cała 😊 Nie wiem, kiedy mija 10 km. Jest dobrze. 3,5 km dalej I punkt pomiarowy. Jest 10:32. Chwila przestoju. Woda, czekoladka (no dobra: kilka czekoladek) W łapę klika słodkich rurek „z czymś”, które wpycham w usta przez kolejny kilometr. Temperatura 26,8C i wciąż rośnie. Mam lekkie obawy… Nawadniam się , ile wlezie… Przed 13-tą kończy mi się skala „pełnej lampy”. Żadnej chmurki. 29.8 C. Zmierzam do II punktu. Na 21 km popełniam błąd. Nierozważne odbicie, skok i … skurcz w prawej łydce. Lądowanie z glebą. Noty słabe. Nie mogę się ruszyć. Zaciskam zęby prostuję nogę i naciąg …w myślach używam wszystkich niewyszukanych wulgaryzmów. Uff…pomaga. Biegnę dalej.  Pojawiają się pierwsze zamroczenia. Rzeczywistość urywa się na mikrosekundy. Gwiazdy w oczach. Drgawki. Znam dobrze te symptomy. Diagnoza: udar termiczny.
Dobiegam do II punktu. Głodny i zmordowany. Słabnę. Czacha mi paruje. Twarz rozpalona. Temperatura przekracza w cieniu 28C w słońcu grubo ponad 30C. Na trawie wokół całego schroniska leżą zwłoki zawodników. Na twarzach widać zmęczenie. Obok mnie dwóch rosłych chłopów podejmuje decyzję o wycofie…Jeszcze inni głośno to rozważają… Wycof ?! Ta myśl zaczyna kołatać mi w głowie.  Nie teraz. Nie!
Mobilizuje się wewnętrznie. Wychodziłem przecież z gorszych opresji. To tylko udar. Zmieniam strategię. Bieg o wynik właśnie się dla mnie skończył. Przełączam się na tryb ratunkowy. Cholera, przetrwać to!  Zbijam temperaturę. 30 minut odpoczywam w cieniu. Polewam się woda i …zaczynam futrować co mi wpadnie w łapy. Żelki, pieczony ziemniaczek, więcej żelków, więcej ziemniaczków. Zapijam wszystko zimną kolką z solą i magnezem. A na odchodne…jeszcze kilka żelków i…trzy ćwiarteczki – a jakże – ziemniaczków Jestem pełny. Za pełny. To drugi błąd.
Nie pamiętam za dużo z odcinka miedzy II a III punktem. Chwieje się na nogach. Po ciele przechodzą dreszcze. Otwarcie saszetki z solą i magnezem staje się wyczynem dnia. Człapanie przeplatam chodem. Myślę o Hance. Gdzie jest ? Biegnie przecież w Chyżej Durbaszce. Już na mecie dowiaduję się, że łamie 3h i kończy z czasem 2h:53 min. Mega czas!  Zegarek pokazuje 31,3 C. Widoki są urzekające. Co za piękne lato w środku kwietnia, ale obraz wiruje, Powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Uśmiecham się do choinek… Doczłapuje się do punktu III. Nie mogę patrzeć na żelki. Nie jem ani jednego. Nic nie jem. Nie mam ochoty i siły. Piję. Zdycham w cieniu. Kryzys gigant. Minuty uciekają, a ja nie mogę się ruszyć. Po około czterdziestu wstaję. Cały drżę. Chyba jest lepiej ? Wybiegam na trasę… Po ok 1km mój organizm delikatnie mi jednak sugeruje, że miałby ochotę posiedzieć w toalecie… i to najlepiej teraz! Szybka ocena sytuacji. Jestem na grzbiecie, teren odsłonięty, sporo zawodników, liści zero… No to przesrane! (sobie pomyślałem ) Szybka decyzja. Nawrotka…i w dół, do schroniska. Była życiówka na kilometr, jak nic! Podobno widziała mnie Wiola Czerniak, zastanawiając się dlaczego biegnę w przeciwnym kierunku  Kolejne pół godzinny straty. Jestem odwodniony. Dreszcze, zimno, ciepło… W myślach motywacyjny bełkot, że byłeś przecież w życiu w gorszych opałach, że już bliżej niż dalej, że skończ to już, że ból nie istnieje…no i takie tam różne  Zrezygnowanie wypieram narastającą złością. W myślach przeklinam. W empetrójce ustawiam najbardziej energetyczną muzykę. Połykam sól i kolejne porcje magnezu. Zaczyna działać. Wytaczam się ponownie na trasę. Wracam do gry… Na trasie sporo zawodników. Karmię głowę, ze teraz już tylko w dół …i nie ma znaczenia, że i tak będzie kilkaset metrów wspinania. W dół, to w dół, mimo, że pod górę  Przyspieszam. Znowu wyprzedzam. Większość zawodników porusza się truchtem. Nieliczni biegną trochę szybciej. Niektórzy leżą, odpoczywają. Wdrapujemy się na kolejne „ściany”. Każda podejście kosztuje mnóstwo energii. Kolejna polana. Po lewej Tarty. Na wprost Trzy Korony. Obłędny widok! Jak pięknie!  Kolejne kilometry. Mija 6 godzina biegu. Gdzie jest ten cholerny zbieg do Szczawnicy ? Jest. Błoto! Super! Pełna rura samym środkiem rynny. Mijam kolejnych zawodników. Noga niesie. Wybiegam na Promenadę. Płasko. Mięśnie zaczynają drżeć. Czekają. Skurcze wiszą w powietrzu…Na szczęście nie nadchodzą. Ludzie klaszczą, przybiją piątki. Piją piwo. Piknik! Widać już mostek. Na mecie Hanka i Asia zagrzewają mnie na ostatniej prostej. Słyszę ich doping Myślę tylko, o czymś zimnym i o wejściu do potoku… Po chwili uświadamiam sobie, że to już koniec…pojawiają się endorfiny! Czas 6:09:07 i 238 OPEN

Szukam Uli. Nie widzę. Nie wiem jeszcze, że chwile przede mną wbiegła na metę.

To były jak do tej pory najtrudniejsze zawody, w których brałem udział. Popełniłem kilka błędów , które w parze z wysoką temperaturą o mały włos mnie nie pozamiatały. Muszę więcej trenować w terenie górskim, nie zapychać się żelkami po korek i unikać opiekanych ziemniaczków na punktach żywnościowych a poza tym, chyba trzeba się skupić na biegach „zimnolubnych”, To jest przecież mój żywioł.

Szacun dla całej ekipy Karkonosz Running Teamu i dla każdego za Was z osobna!

 Dzięki Ula i Agnieszka za mega wieczór!