PZU Półmaraton Warszawski

Tym razem celem półmaratonu była Warszawa. Dwa tygodnie przerwy po poprzednim półmaratonie nic dobrego nie wróżyły, jeśli chodzi o regenerację. Do tego dochodzą kolejne kłopoty zdrowotne. Ale co tam, w końcu to jeden z największych biegów masowych w Polsce więc obecność obowiązkowa. Biuro biegu zlokalizowane na Stadionie Narodowym – dobre rozwiązanie jeśli chodzi o sprawy logistyczne. Pakiet odebrany szybko i sprawnie. Resztę soboty spędziliśmy odpoczywając, czyli krótko mówiąc leniuchowaniu.

Start do biegu był ustawiony na 10:00, niestety spaliśmy o godzinę krócej. Po szybkim śniadaniu została jeszcze chwila na odpoczynek. Na start wyszliśmy o 9:35 – nasz hotel był dość blisko startu. Pogoda nas nie rozpieszczała. Temperatura powietrza około 3C i trochę wiatru (wiadomo, że w gęstej zabudowie Warszawy jest szansa że nie będzie aż tak odczuwalny). Organizacja startu: strefy startowe bardzo szeroko rozciągnięte co przy ponad 12 tysiącach biegaczy było świetnym pomysłem. Po starcie udało mi się dość szybko złapać równe tempo (zgodnie z założeniami), zwłaszcza że na początku trasa lekko jakby w dół. Wszystko szło dobrze do 15 km – potem trochę gorzej (dały o osobie znać braki treningowe wynikające z przerw pomiędzy chorobami). Niestety po 15 km tempo zaczęło spadać zwłaszcza, że na 17-18 km były podbiegi. Przed 20-stym km niespodzianka dla zmęczonych stóp – kostka (prośbom w myślach nie było końca aby kostka już się skończyła). Po 20 km wstąpiły nowe siły i udało się trochę przyspieszyć. Na macie zegarek pokazał 1:42:44, w SMS-ie od organizatora czas netto 1:42:30. Założenia przedstartowe były: 1:42 – 1:43. Udało się wstrzelić w środek. Następnym razem w Mietkowie na półmaratonie będzie lepiej.

Ania  startowała z strefy 1:55. Tutaj było dość tłoczno i niestety w trakcie biegu sznur biegaczy wcale się nie rozciągnął. W niektórych miejscach, gdzie było wąsko (a takich odcinków było całkiem sporo) ryzyko dostania  łokciem było duże, więc więcej czasu (i energii) traciło się aby biec „ostrożnie”. Na mecie Ania zanotowała czas 1:54:35 co tylko o 1 min jest gorszym czasem od życiówki wykręconej 2 tygodnie temu.

Szczęśliwi wróciliśmy do domu, z myślą, że porachunki z dystansem półmaratonu w tym roku dopiero się rozpoczęły.