Search Menu

Rzeźnik w trzech odsłonach

18 czerwca 2017

Bieszczady są magiczne. Nie piszę nic nowego. Ale dla tych, co tu biegają, bądź po prostu bywają i zapuszczają się w najgłębsze zakątki bukowych lasów, a nie tylko wchodzą na Połoniny, te proste zdanie kryje w sobie głębię im tylko znaną. Od Bieszczad zaczęła się moja miłość do gór, gdy byłam nastolatką. Po latach, dokładniej rok temu wróciłam w nie jako biegaczka i wzięłam udział w Rzeźniczku. Wówczas to była turystyka biegowa, a mnie Bieszczady pochłonęły na dobre… Za rok chciałam poczuć Je mocniej. W końcu nadszedł 11.06.2017 i I etap Rzeźnika na Raty.

Triumf nieświadomości

W niedzielne popołudnie dotarłam do miasteczka biegowego. W tym dniu wśród sportowych stoisk wystawiał się artysta rzeźbiący w drewnie, także wisiorki. Po krótkiej rozmowie podarował mi jeden z nich. Uznałam go za swój talizman. Po przerywanym śnie w pierwszą noc wstałam tuż przed budzikiem o 4.00. Zawsze przed zawodami jestem zdyscyplinowana, więc przygotowywałam się mechanicznie, czując narastające przedstartowe podniecenie. Potem miałam się przekonać, że z każdym dniem to napięcie będzie rosło…taki zagotowałam sobie sama los ;-). W drodze do autobusu wiozącego nas do Komańczy poznałam Ninę, która została moja biegową towarzyszką przez następne 3 dni. Wtedy myślałam, że a nóż pobiegniemy razem. Od razu miałyśmy wspólne tematy i dobry kontakt.  Nadeszła 6.00 i nastąpił wystrzał, po którym ruszyłyśmy razem z Niną. Jednak dla niej ten start to był powrót po kontuzji z ZUK i oszczędzała siły, więc zostawiłam ją, czując lekkość biegu nawet pod górkę. Po drodze minęłam jeszcze jedną dziewczynę, która wybiła się z grupy, ale biegła spokojnej…  Kiedy na dobre rozpoczął się leśno-górski odcinek biegu, powiększałam stopniowo dystans od pozostałych biegaczek i nie tylko. Jeszcze po jakimś czasie widziałam za sobą jakieś 300 m tą samą dziewczynę, ale stwierdziłam, że nie chcę dać się jej wyprzedzić. Jeszcze nie teraz ;-).

I tak w samotności, widząc tylko godzinę na zegarku, bez wiedzy o przebytych kilometrach, kierując się jedynie oznaczeniami czerwonego szlaku, pokonałam I etap RnR. Dopiero na końcu pytałam o kilometry. Po drodze mijając m.in. grupkę 3 biegaczy dowiedziałam się od nich , że jestem drugą kobietą, która ich mija. Odpowiedziałam im, że jest jeszcze czołówka…bo przecież zawsze jest czołówka 😉 Kiedy dobiegłam na ostatni asfaltowa odcinek do Cisnej i upragnionej po 33 km mety, usłyszałam od organizatora ostateczne potwierdzenie swojej pozycji w Open Kobiet. Resztką sił dobiegłam na metę, na której ledwo dałam się sfotografować, co totalnie przeczy opinii, że gwiazdorzę ;-). Oszołomiona tym wynikiem resztę dnia spędziłam na regeneracji.

Moja nieznajoma z trasy na mecie nabrała realnych kształtów bezpośredniej konkurencji o imieniu Kasia. Ale przez większość zawodów była Numerem 3. Pierwszego dnia miała do mnie 3 min. Biegnąc średnim tempem 7:13 osiągnęłam 20. miejsce w Open na ok. 115 startujących.

Kozica w ataku

Poranne deja vu i start przesunięty o kilka minut z racji zaspania ekipy od pomiaru. Za to na starcie było pełno fotografów i załapanie się na zdjęcie z Niną od Jacka Deneki.  Nie umknęło mojej uwadze skupienie głównej konkurentki, ale nie zapomniałam o swoim…wewnętrzny dialog tego dnia przydał się bardziej niż zwykle. Jeszcze informacja od organizatora o pełnym oznaczeniu trasy uspokoił stresik wywołany perspektywą biegu na orientację, co by nie ułatwiło nam wszystkim ścigania.  I w końcu start….  Układ sił ustawił się od razu w czołówce, podobnie jak pierwszego dnia. Początkowe kilometry było testowaniem objętej taktyki i mierzeniem się siłą biegową na podbiegach z Numerem 3. Zależało mi na ponownym ustawieniu ok.500m dystansu. Później w strategicznych momentach dwaj biegacze potwierdzili mi ten dystans, a ja jak większość startujących tego dnia, czułam moc do szybszego pokonania 20 km. Nawet szybkie podejście na Łopiennik tego nie zmieniło. Znów miałam samotny bieg przez większość trasy i dopiero ok. 2 km od mety w Cisnej usłyszałam nadbiegającą konkurencję… Krótko w myślach powiedziałam sobie, że teraz nie czas na słabość i popędziłam do mety , tym razem pamiętając o fotografach.

Kasia miała do mnie po dwóch dniach 4,5 min, czyli tylko 1,5 min po drugim starcie. W Open byłam 17.

Zalety bycia osłem

Tym razem stanęłam na starcie pośród biegaczy, z których każdy czuł zmęczenie dwóch poprzednich biegów. W głowie kłębiły się myśli o zmęczeniu o gotowości do ostatecznego starcia. Czuć było powagę, choć każdy chciał się rozgrzać żartując z niej. Ubrał usłyszałam ostatni wystrzał podczas tych zawodów. Do jedynego punktu odżywczego, który był na 7.km mieliśmy stały, lekki podbieg najpierw asfaltem a potem szutrem. Więc ku to było męczące. I tu niespodzianka… bo choć rywalizacji z Kasią mogłam się spodziewać, o tyle trzeciej bohaterki na scenie nie….no może nie do końca ;-), bo nagle pomyślałam sobie o starym przysłowiu:” Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. I o to pojawiła się Agnieszka z pozycji 4., która przypomniała sobie, jak bardzo lubi Podbiegi. Zamiast stopniowo wchodzić w wyższe tempo na 20 km dystansie, już od początku musiałam biec na wyższym tętnie. Wiedziałam, że za ten występ zapłacę na późniejszych kilometrach, ale liczyłam na swoją naturę kozicy, a w ostatecznym starciu przydał się też mój charakter osła… Tymczasem Kasia przez chwilę była na 4.pozycji, ponieważ odpuściła potyczkę do 7.km. Następne 13km to był dla mnie stopniowy spadek mocy i mentalnie walka z energetycznym zmęczeniem nóg. Dzięki mojemu sokowi z gumich jagód czyli guaranie oraz sile grawitacji na zabiegach, udało mi się dotrwać do końca.

Zanim jednak to nastąpiło to ok. 10km dogoniłam Agnieszkę, której nie odpuściłam, pozwalając jej oddalić się tylko ok.300m i goniłam ja nawet na podejściach. Ale to na zbiegach przekonałam się, że są jej słabą stroną. Zresztą kiedy ją dogoniłam, potwierdziła moje przypuszczenie, tłumacząc, że nie chce się ścigać i jest zaskoczona pozycją. Ubawiona po części ta sytuacją, skwitowałam, że ma poczucie humoru, bo nieźle mnie zmęczyła, żeby mi coś takiego oznajmić. Potem mi dziękowała, że pociągnęłam ją prawie do końca. Koło 15.km dogoniła nas Kasia i ostatnie kilometry to było czucie jej za plecami, a potem ostatnie 2 km deptanie jej po piętach. Kiedy minęłyśmy kładkę i wbiegłyśmy na ostatnią krzywą przed metą (runda honorowa;-)), podała mi rękę i razem ją przebiegłyśmy.

Tym razem wbiegłyśmy na metę był najpiękniejszy nie tylko dlatego, że utrzymałam pozycję i był koniec. Wtedy poczułam ze dwojoną siłą piękno zdrowej rywalizacji w zgodzie z moją naturą i wśród natury.

Dwa dni później supportowałam koleżankę na Rzeźniczku i już marzyłam o spróbowaniu się na następnych zawodach o podobnym charakterze w 2018 roku.