Sentymentalny i udany powrót do Warszawy

Moja przygoda z „prawdziwym” bieganiem zaczęła się trzy lata temu właśnie na Orlen Warsaw Marathon. To był mój pierwszy maraton, w dodatku wymyślony kilka miesięcy wcześniej. Taka ułańska fantazja – przebiec maraton na 40. urodziny. Ułańska, bo biegałam od niedawna: dwa, trzy razy w tygodniu, „w koło komina” 🙂 Bez zegarka, planu treningowego, dla przyjemności (to było piękne 🙂 Miałam za sobą trzy starty, wszystkie trzy na dystansie półmaratonu i te 21 km z hakiem to były najdłuższe dystanse jakie przebiegłam przed maratonem. Nie kalkulowałam, nie przygotowywałam się, pobiegłam w asicsach nimbusach (chyba najbardziej amortyzowanych i najcięższych butach jakie miałam kiedykolwiek), a wujek google podpowiedział jak wyliczyć sobie tempo na maraton. Czas ostatniego półmaratonu, pomnożyłam przez dwa, dodałam 25 minut i ustawiłam się za pacemakerem na 3.45. (w efekcie wybiegałam wtedy 3.42.) Wtedy zakochałam się w tym dystansie, w emocjach, które wyzwala, w sile którą daje…

W niedzielę na linii startu stanęłam w zupełnie innych okolicznościach: przygotowana, z zegarkiem, konkretnym czasem na jaki chciałam pobiec, z taktyką w głowie. Przepracowałam ambitnie 4 miesiące. Wstając o świcie, sześć razy w tygodniu, by przed pracą, w deszczu, śniegu, wichurze, a często i w ciemności realizować napisany przez Darka plan. Zrealizowałam go w 99 procentach. Choć nie było łatwo. Ale ja zawsze miałam „głowę” … Pogoda w dniu startu była idealna, lubię zimno, może trochę wiało i z prognoz wynikało, że wiatr będzie się wzmagał, ale wolę to niż ponad 20 stopni. Trasa… dużo by pisać, ale wymagająca. Wiedziałam, że drugi, długi podbieg zweryfikuje wszystkich (a na pewno mnie).

Zaczęłam za szybko, na drugim kilometrze spotkałam Anie Ficner. Chwila rozmowy i zdecydowałyśmy że do 25 km biegniemy razem, tempem 4.26 – 4.27. Biegło się fajnie, lekko, może za dużo gadałyśmy… 🙂 No i biegłyśmy (a na pewno ja, odrobinę za szybko) Na 24 km, kiedy zegarek pokazał mi, że ostatni kilometr przebiegłam w 4.23 powiedziałam Ani, żeby biegła sama, że muszę zwolnić. Czułam się świetnie, ale to był dopiero 24 kilometr. Zwolniłam…
Do 32 kilometra nie ma o czym pisać… Biegłam swoje. Ale wtedy pojawił się 400-metrowy podbieg na ulicy Tamka. Wiedziałam, że muszę wbiec wolno, tak by stracić jak najmniej sił. I tak było. Wymijali mnie wszyscy, ciężko oddychając, ale cisnęli – co niektórzy jakby to był finisz. Na końcówce podbiegu człapałam (tempo 5.30.) Straciłam dużo, a co gorsze, potem nie mogłam przez kilkaset metrów wrócić do swojego rytmu. W końcu uspokoiłam oddech i zmusiłam nogi do współpracy. Kolejne kilometry pokonywałam znów równo, ale już odrobinę wolniej 4.27, 4.28. Wyprzedzałam mimo to większość tych, którzy mijali mnie na podbiegu. Ostatni kilometr pobiegłam najszybciej z całego dystansu niesiona okrzykami kibiców i metą, która była przede mną. Czas 3.09.17. Radość ogromna… Spiker mówi, że jestem 20 kobietą i 13 Polką. Emocje wygrywają ze zmęczeniem, płaczę ze szczęścia…

Mam niedosyt… Wiem, że mogę z tego czasu urwać kilka minut i kto wie, może za rok spróbuje. Może… 🙂