SZWAJCARIA -SANKT MORITZ

Dzień szósty. Sponsorem dzisiejszego dnia było słowo marzenia. Wielu z nas słyszało o miejscu, gdzie trenują najlepsi tego świata. Wyobrażaliśmy sobie to miejsce, oglądaliśmy filmiki na YouTube. Marzyliśmy, by kiedyś zobaczyć to na własne oczy a pobiegać na stadionie “number one” Europy to już szczyt. Mało tego położone w środku miasta jeziora, otoczone ścieżkami biegowymi, rowerowymi, spacerowymi jak, kto chce a w bonusie widoki na mieniące się różnymi kolorami góry. Jak wiadomo marzenia nie spełniają się same, marzenia trzeba spełniać. Będąc na obozie we Włoszech koło Livigno, które graniczy ze Szwajcarią nie mogliśmy nie skorzystać. Decyzja była jednoznaczna jedziemy do Sankt Moritz. Półtorej godziny jazdy i jesteśmy. Tu rzeczywistość trochę z nas zakpiła. Dojście do stadionu, trawa, prawie jak osiedlowe boisko, aż zdumiewa, co jest w nim tak nadzwyczajnego. Prawdopodobnie samo położenie, mikroklimat, wyniki osiągane po treningach, definiują to miejsce. Fakt, że trenowało dużo osób, w tym znane z ekranów telewizora nazwiska. Jezioro przepiękne, woda szmaragdowa, słońce operowało tak, że lśniła obłędnie. Wszystko pięknie, gdyby nie te ilości osób trenujących, spacerujących i z psami. Na tym etapie czar tego miejsca prysł. Po treningu skorzystaliśmy z uroków jeziora, zanurzając zmęczone już nogi. Marzenia spełnione, kolejne miejsce na mapie odhaczone. Czy było warto? bez wątpienia, czy było pięknie? Oczywiście. Wszyscy jednak stwierdziliśmy, że byliśmy już w piękniejszych miejscach. Obiektywnie rzecz biorąc Livigno jest miejscem na dłużej zostającym w pamięci niż Sankt Moritz a dla biegaczy zdecydowanie bardziej atrakcyjnym. To jednak trzeba przeżyć na własnej skórze i samemu ocenić. Po powrocie regeneracja w miejscowych termach i tak minął kolejny dzień.