UltraJanosik po zbóju

Czas na relację po zbójuNa początku chciałbym się przyznać,że mój start do samego końca stał pod wielkim znakiem zapytania ponieważ u nas w gminie okazało się,że mamy wodę niezdatną do picia.I tak od środy zaczęła się rewolucja żołądkowa.Czyli biegunka i raz wymiotowałem w czwartek przeszłem na cud dietę cały dzień jechałem na paluszkach  solnych ponoć miało coś pomóc  po kuracji prawie 2kg w dół.I w sumie trochę pomogło w piątek rano tylko trochę bolał brzuch.Myśle jadę do Niedzicy na UltraJanosik I w głowie tylko niemów trenerowi,bo na bank by kazał odpuścić startszybkie ładowanie węgli i modlitwa żeby nie było akcji w nocy przed startem.W sobotę ok 5 rano pobudka a ok 6 wyjazd na Słowację do miejscowości Kieżmarska Dolina jesteśmy ok 7 na miejscu.Rozgrzeweczka 2 razy w krzaki o 8wystartowaliśmy ok 200osób.

Niewiedziałem czego się spodziewać zaczęłem spokojnie,aż tak spokojnie że po kilometrze byłem trzeci I tak do ok 7 km cały czas pod górę żółtym szlakiem do chaty pri zelenom plese.A później do ok 12 km było gdzie się zmęczyć dwóch kolegów uciekło mi na ok 1min. dobiegłem do najwyższego szczytu na tej zacnej trasie  1916m (hlúpy)I to co lubię najbardziej zbieg techniczny no i z górki na pazurki,ale zaraz zaraz coś mnie zarzuca na boki kręci mi się w makówce ooo grubo,ale odlot chwilę przytupnełem i cisnę na wariata już się nie kreci.I nagle dobiegam do czołówki i chłopaki odrazu schodzą mi zdrogi i w sumie nieźle im odskoczyłem momentalnie.No i zaczęła się jazda bez trzymanki na ok15km zaczeły się skały mokre skały i kamienie,bo padał lekki deszczyk tak sakramęcko śliskie,że każdy krok groźił upadkiem.Ratowałem się tym,że trzymałem się gałeźi i powoli schodziłem w tempie ok10min na km,ale i tak chyba mi to sprawnie szybko poszło skoro nie widziałem zamną nikogo.W końcu jakoś dobiegłem do Ździaru punkt z jedzeniem i piciem.Szybkie napełnienie izo do bidonu trochę  zjadłem banana i poleciałem w nieznanePo drodze zaliczyłem górkę o nazwie Magórka i lecę w dół  ok6km do Frankowskiej góry.I organizator wymyślił jeszcze jedna atrakcje ok 20m przebiegalismy przez rzekę .Na ok 36km jest punkt z pomiarem czasu i żarciem w Kacwinie i co się okazało  później na mecie,że miałem przewagę 14minnad drugim naprawdę nie czułem,że cisnę szybko po prostu swoim tempem biegłem tętno niższe 15 uderzeń niż zwykle. Biegne dalej jem po drodze chyba drugiego żela w sumie to niewiedziałem czy mogę jeść żele na mój żołądek.Dobiegłem do Łabszanki kolejnego punktu z piciem i jedzeniem zjadłem arbuza,banana i bułkę słodką to byl ok45km i już czuję lekkie zmęczenie a na ok 50 km już naparzają mnie nogi i zaczyna się człapankotak jak na sudeckiej setce.Pewnie to wynika z  mojego śmiesznego kilometrarza, że nóżki niedają rady po 50kilometrze w lipcu 200km w sierpniu 235kmDobra wracam na trasę i myślę kiedy mnie dopadną te wygłodniałe harty i dopadł mnie gościu na punkcie z piciem w Cieszynie ok60km próbowałem podjąć walke,ale nic z tych rzeczy gościu biegł a ja człapałem jak turysta.No i tak  na ok 65km organizator żartowniś na dobitke wymyślił sobie górkę o nazwie (żar) na 400metrach 200m przewyższeniai jak już się wdrapałem na czworaka oczywiście to na górze pisała kartka do nas zawodników cytuję “i co poleciał żar z dupy”jakoś nie było mi do śmiechuNo i co doczłapałem się na drugim miejscu z przysłowiowym żarem z d….y.Szczerze naprawdę jestem mega zadowolony,że dobiegłem i jeszcze z takim wynikiem,bo mogło to się różnie potoczyć.

Teraz tylko regeneracja i aktywny wypoczynek.