Część trzecia – W kamiennym kręgu

Każdego dnia nasz Trener starał się nam pokazać całe piękno Chorwacji, którą sam tak dobrze poznał podczas niezliczonych wojaży. Wspominał i jak zawsze dawał z siebie wszystko, by czas podczas naszej przygody płynął przyjemnie i intensywnie. W świecie, gdzie nic nie jest za darmo, nie zapomniał, że wielkim skarbem jest dawanie od siebie tego, co najlepsze nas spotkało. Więc pomimo drobnych przeszkód, każdego dnia cieszyliśmy się wspólnymi chwilami i czerpaliśmy z Chorwacji całą jej różnorodność, czyli to co najlepsze.

A tak wspomina dzień trzeci Ula:

Po dniach pełnych Chińczyków i śniegu ukazał się nam w swym słonecznym pięknie i nadmiarze wszelkiej maści kamieni dzień trzeci. Darek cały czas mówił nam o kipiącej kolorami Chorwacji i grających całą dobę cykadach, a tu …nie dość, że wszystko dopiero budzi się do życia, to…cisza. Tylko kamieni nie brak. Ale zanim je napotkaliśmy, wstał dzień trzeci. Dla takich dni się żyje, by poczuć własną przestrzeń i radość czerpania z życia garściami. Nikt nie przypuszczał, że nasze garście będą pełne …  Wyruszyliśmy zaraz po kolejnym pysznym śniadaniu w starym domu nauczyciela, który po latach stał się Hotelem Vila Ruzica. Krętymi drogami w Regionie Kvarner wśród poszarpanych skał Riwiery Crikvenicy udaliśmy się w kierunku największej wyspy w Chorwacji – Krk, na którą dojeżdża się okazałym mostem łukowym o łącznej długości 1430 m.

Jednym z naszych Chorwackich wrażeń podczas poznawania tego pięknego wyspiarskiego kraju jest podziw dla ich sieci autostrad oraz rozwiązań infrastruktury dróg o łącznej długości 1300 km… ech ! (pomyślą Polacy mając przed oczami nasze dróżki kat. S i A) i tylko te niekończące się serpentyny… Ach ! Poza ukazującymi się naszym oczom krajobrazom dodawały uroku eskapadom w głąb gór i nad urokliwe zatoczki. Dziś jedną z nich – słynną Baśkę właśnie mieliśmy poznać.

Kiedy dotarliśmy do słynnej plaży Vela, ukazały się nam na widnokręgu jednocześnie fale Adriatyku i okalające je z prawej strony wzgórza Velebit. Westchnęliśmy z zachwytu.

I w naszych umysłach zrodziła się myśl radosnego biegu po ich płaskich szczytach, by potem zanurzyć swe zmęczone ciała w chłodzie morskiej turkusowej toni… idealny dzień! Zaczęło się niewinnie. Piaszczysty podbieg i kamieni ilość w standardzie znanym nam z polskich szlaków. Dzięki morskiej bryzie nawet upał nie doskwierał, jak zwykle potrafi. A była 12.00. Kiedy dotarliśmy na pierwszego rozdroża na wzgórzu, radośnie i skocznie udaliśmy się w dalszą drogę ku stadom pasących się kóz, o których słyszeliśmy. Jednak zamiast kóz, naszym oczom ukazał się bezmiar kamieni i co najwyżej wyschniętych kozich bobków w ich szczelinach.

 Przemierzaliśmy kolejne …metry i im bardziej w głąb, tym częściej musieliśmy sobie w myślach powtarzać: „Wdech i k… wydech. Policz do 10” Cholerny raj dla petrologów. Dotarliśmy do półki skalnej, z której roztaczała się unikatowa panorama Zatoki Kvarner. I raczyliśmy się 330 ml wody. Starczyło na zwilżenie ust. Decyzja była jedna.

Powrót do najbliższego szlaku prowadzącego do Baśki. „Myśl pozytywnie” ćwiczyliśmy w naszych przegrzanych umysłach i kiedy dotarliśmy do rozwidlenia, nic nie było nas już w stanie powstrzymać od szalonego zbiegu do miasteczka krętym szlakiem. Ani groźba spotkania żmij czy cała horda różnej maści kamieni i kamyczków, która dała nam niezły trening na orientację przy każdym kroku. Kozice KRT w ataku !Kiedy po ledwie 10 km treningu, który zajął nam dobre 2 godziny, dotarliśmy na plażę, zdjęłam tylko buty i skarpetki i weszłam w stroju biegowym do morza.

Chwilę później stałam wśród kryształowo czystych fal nasycona sokiem ze świeżo wyciskanych pomarańczy i leniwie smakowałam lody, a chłód wody koił moje zmysły. Znów mogłam wszystko.