Search Menu

W RYTMIE REGGAE

27 sierpnia 2018

Jakże udanie rozpoczęliśmy drugą cześć sezonu. Najpierw niesamowitą torpedę odpalił Kamil Makoś ustanawiając rekord życiowy na 10km (30:48) oraz nowy rekord klubu, a za chwilę w ślady Kamila podążyła całą grupa KRT 🙂 Poniżej relacja Eli z biegu w Kunicach, a nam uśmiech nie znika :)!!!

Co roku w ramach Festiwalu Reggae w Kunicach czyli nad jeziorem, wokół którego regularnie biegamy treningowo odbywa się bieg na atestowanych dystansach 5, 10, 15 i 20 km, słowem dla każdego cos dobrego. W tym roku jednak dystans 15 km nie wzbudził zainteresowania biegaczy, toteż wszystko rozegrało się na trzech dystansach. Jako, że uwielbiamy aktywne weekendy, żeby nie mieć poczucia straconego czasu, to nie mogło nas zabraknąć również na tej imprezie. Pogoda wreszcie sprzyjała biegaczom bo upały odpuściły i można było spróbować pokusić się o dobre wyniki. Z takim też nastawieniem stawiłyśmy się z Jadzią na starcie 5 km. Naszej eskapadzie towarzyszyła jak zawsze Sylwia, tym razem w roli lotnej brygady i fotoreportera a na miejscu okazało się, że również Krzysiek Sudomlak postanowił zmierzyć się z dwa razy dłuższym dystansem.

Nie ma co rozpisywać się na temat trasy, bo my znamy tam każdy kamyk, niemniej w ramach wspólnej rozgrzewki z Krzyśkiem zrobiliśmy „rekon” trasy. Na starcie wszyscy razem coś ok. 230 osób i odliczanie 10,9,8…. Start! Ruszyli z kopyta i aż sama nie mogłam uwierzyć, że umiem tak biegać. Nagle jednak przyszła chwila refleksji i taki wewnętrzny głos … uspokój się dziewczyno masz kawał dogi do przebiegnięcia. Targana emocjami nieco zwolniłam. Nie wiedzieć czemu, pierwszy raz w życiu biegowym zegarek odmówił posłuszeństwa i gdyby nie Krzysiek, z którym od początku biegliśmy to leciałabym na tzw. czuja. Ja starałam się pilnować i dotrzymać tempa, Krzysiek pilnował zegarka i jakoś szło. Pod drodze minęliśmy trochę osób a kilka próbowało stawiać opór, ale w momencie mijania tylko zapytały czy my na 5 czy na więcej km ? I tak do trzeciego, czwartego kilometra. Potem już tylko „dzida” do mety. Tak szczęśliwie dotarliśmy a Krzysiek postanowił zakończyć start na jednej 5 km pętli i jak sam stwierdził, to był dla niego też szybki bieg. Mi udało się wybiegać 3 miejsce open i 1 w kategorii.

Wisienką na torcie była jednak życiówka, w którą przed biegiem chyba bym nie uwierzyła. Co ciekawe dwa lata temu, w tym biegu zajęłam dokładnie te same miejsca z czasem o ponad minutę gorszym, dzisiaj by to już nie wystarczyło. Tak te ludziska biegają, trzeba trenować i trenować. Ledwo rozgościliśmy się na mecie a już przybiegła Jadzia, osiągając swój najlepszy wynik od czasu powstania KRT z drugą lokatą w kategorii. Jakby tego było mało, czułyśmy niedosyt i postanowiłyśmy zrobić frajdę naszej „góralce” Jadzi, która jak najęta gadała o Jakuszyckiej jedenastce. Spontan jednak wypalił i tuż po 8 rano w niedzielę zameldowałyśmy się w biurze zawodów. Na miejscu spotkaliśmy również Romana Ziembickiego, który też postanowił zmierzyć się z samolotem. Jadzia jak sama powiedziała, czerpała radość garściami, stopami a poziom endorfin sięgnął zenitu a my z Trenejro, Sylwią i Pauliną w roli supportu, kibiców, mentorów pognaliśmy na trasę, robiąc przy tym super fajną jednostkę treningową.

Radości nie było końca, jak na naszych oczach najmłodszy chłopak w KRT Krzysiek Tschirch dosłownie ogrywa starszych kolegów przybiegając na metę jako pierwszy. Pokazał charyzmę, wolę walki i klasę w walce do samego końca. Tak się kształtuje charakter i prawdą jest, że ból minie a satysfakcja pozostanie do końca życia. O tym pewnie sam opowie 
Pozdrawiam Ela