Weekendowa lekcja radości życia :)

Zimy w Polsce są łagodne, ale bardzo ponure i ciągną się w nieskończoność. Każda dawka słońca w lutym lub marcu jest na wagę , dlatego nie chcąc liczyć na przypadek postanowiliśmy pomóc szczęściu i wybraliśmy się w poszukiwaniu wiosny do włoskiej Verony.

Trzy tygodnie po obozie pojechaliśmy sprawdzić formę i stan przygotowań do sezonu. Dla naszego trenera dodatkowo miał to być debiut startowy w karierze amatorskiej 🙂 Droga z Polski minęła nam niepostrzeżenie, Włochy przywitały nas rozgwieżdżonym niebem i przyjemnym słodkim zapachem unoszącym się w powietrzu, który tylko dodatkowo nastrajał nas bardzo pozytywnie na nadchodzące wydarzenia. Na nasza bazę wybraliśmy jedną z bardzo urokliwych miejscowości nad jeziorem Garda. Sobotni poranny przedstartowy rozruch nad samym jeziorem przy +10 stopniach i promieniach słońca spowodował dodatkowy wyrzut endorfin i ugruntował przekonanie, że wystarczy chcieć.

W sobotnie popołudnie pojechaliśmy po odbiór pakietów startowych. Biuro zawodów usytuowane w hali sportowej, wszystko przebiegło bardzo sprawnie i bez kolejek. Na expo przewagę mieli organizatorzy rodzimych biegów, znaleźliśmy tam niejedną inspirację  i z przekonaniem, że jutrzejszy start nie będzie naszym ostatnim startem na włoskiej ziemi udaliśmy się na krótkie zwiedzanie Werony.

W głowie mieliśmy niedzielny start i konieczność oszczędzania nóg, dlatego skupiliśmy się na odwiedzeniu centralnego placu w Weronie z Areną, przy której usytuowana była meta biegu oraz podwórka z balkonem Julii, przy okazji zaliczając spacer po urokliwych wąskich uliczkach. Na wieczorne “pasta party” udaliśmy się do lokalnej restauracji oddalonej od ścieżek znanych turystom. Mieliśmy okazje poobserwować jak Włosi spędzają sobotnie wieczory. Nasza kolacja obfitowała w makaron i owoce morza jak na Włochy przystało. Zostawiliśmy jednak miejsce na niedzielną ucztę mając nadzieję, że będzie co świętować.

Niedzielny poranek przywitał nas chmurami i chłodem. Pogoda idealna na bicie rekordów. Organizacja przedstartowa wyśmienita. Transport dla biegaczy, depozyty, wszystko punktualne i zapięte na ostatni guzik. Wspólna rozgrzewka, żarty na rozluźnienie atmosfery, najbardziej spięty jakby nasz debiutant 😉  Start punktualny przy głośnej muzyce i okrzykach kibiców.

Początek szeroki bez żadnych przepychanek. Trasa biegu wyśmienita, niemal płaska jak stół, przez mosty na Adydze przebiegaliśmy ponad 5 razy, widoki jakie temu towarzyszyły  powodowały, że krótkie podbiegi były zupełnie nieodczuwalne. Co chwilę wpadaliśmy na jakiś plac, przebiegaliśmy koło jakiegoś starego kościoła bądź fortyfikacji. W każdym takim miejscu kibice, muzyka. Tylko odcinki trasy wzdłuż rzeki cichsze, tam niejako biegacze pozostawiali sami ze swoim zmęczeniem i walką z czasem . Jednak Włosi nawet w czasie biegu są głośni, przekrzykują się, żartują, jakby nie biegli zawodów tylko siedzieli w kawiarni popijając wino. Nierzadkim widokiem były pary biegnące za rękę, w końcu to półmaraton Romea i Julii. Podobno na mecie tego biegu zaręczyło się dotychczas kilkaset par. 17-18 km wiódł wąskimi malowniczymi uliczkami starówki, wrażenia z biegu w takim miejscu powodowały, że ze zmęczeniem walczyło się jakby przyjemniej. Ostatni kilometr to bieg wzdłuż Areny na centralnym placu Werony, tłumy kibiców, niebieski dywan upragniona meta w upragnionym czasie!!! Udało się!! Verona zdobyta!!

  Wszyscy daliśmy z siebie tego dnia 100%. Teraz już bez ograniczeń mogliśmy świętować. Były pyszne makarony, mięsa, warzywa, czerwone wino, desery, ale przede wszystkim towarzystwo i świetne humory. W poniedziałkowe przedpołudnie z nostalgią w sercu spacerowaliśmy po jednym z urokliwych zakątków wybrzeża Gardy. Niespodziewanie natknęliśmy się na dzikie gorące siarczane źródła,  z których skorzystaliśmy z radością towarzszącą dzieciom taplającym się w kałużach, które także okazały się ukojeniem na obolałe po starcie nogi. Wróciliśmy do polski pełni pozytywnej energii, przekonani, że nie można było sobie zorganizować lepszej inauguracji sezonu. Ja osobiście mam taką refleksję, że nam Karkonoszom blisko do Włochów. Żyjemy z pasją, lubimy ludzi, korzystamy z życia i mamy wokół siebie przyjaciół 🙂 J