Search Menu

You talking to me

26 marca 2019

Kiedy niespełna 2 lata temu siedziałam sobie wygodnie w fotelu wówczas nawet nie marzyłam by przebiec dystans 21,0975 km. Półmaraton Ślężański był biegiem wybranym przeze mnie zupełnie przypadkowo ot pierwszy w popularnym kalendarzu biegowym biegaczy, nie znając kompletnie przebiegu trasy. Kiedy w styczniu b.r. trener usłyszał moją propozycję uczestnictwa pewnie spadł z krzesła lub zachłysnął się zupą z obiadu 😉 , tylko przez swój takt i dobre wychowanie nie odwiódł mnie od tego zamiaru, choć nie ukrywał ,że mój wybór jest trudny i trochę na wyrost. Mimo uwag ,że bieg jest jednym z najtrudniejszych mój zapał nie ostygł intuicyjnie czułam ,że to jest bieg dla mnie. Niestety w miarę upływu czasu i coraz trudniejszych treningów obnażających moje braki zaczęłam pojmować – co najlepszego zrobiłam. Nic słowo się rzekło, nie jest w mojej naturze poddawać się. Mimo, że oczami wyobraźni widziałam siebie przemierzającą trasę półmaratonu, miałam wiele wątpliwości oraz brak wiary we własne siły. Myślałam – czy aby dobiegnę do mety? a może źle rozłożę siły i padnę w połowie dystansu. Być może mam za małe doświadczenie bo nawet na treningu nie przebiegłam 20 kilometrów. Nieuchronnie nastał jednak 23 marca 2019 r. Rano jak zawsze trochę nerwówka by tak zaplanować wyjazd by zdążyć odebrać pakiet, zrobić rozgrzewkę. O dziwo tego dnia wszystko poszło jak z płatka. Do tego na miejscu przemiłe spotkanie z członkami z KRT z co niektórymi znanymi tylko z forum . Utwierdziło mnie w przekonaniu ,że jesteśmy fajnym teamem ,a każdy gotowy jest podzielić się swoim doświadczeniem, radą i dobrym słowem. Pogoda marzenie nie za ciepło nie za zimno, ustawiłam się gdzieś w połowie stawki. Strzał i ruszyliśmy spojrzałam na zegarek a tu już pierwszy potem drugi kilometr za mną. Czułam się dobrze ale nie chciałam spalić się na początku dlatego powstrzymywałam swoje zapędy by nie ruszyć z kopyta. Przecież jeszcze góra przede mną – oszczędzaj siły myślałam. Napotkany na trasie kolega Adam z teamu ruchem ręki dał znak by nie rwać do przodu. Wytrzymałam tak jeszcze z kilometr ale czułam że chyba mogę więcej ruszam gdzieś od 8 km. Na punkcie robię łyk izotoniku , dopada mnie kolka nie zważam jednak na nią wiem, że minie- musi minąć ! Potem ulubiona część trasy – zbieg. Czuję się coraz lepiej a na 15 kilometrze dochodzi do mnie myśl – jest dobrze, dasz radę właśnie spełniasz swoje marzenie. Sama jestem zaskoczona swoją reakcją bo w tej właśnie chwili łzy cisną mi się same do oczu. Płaczę ze szczęścia ja twarda baba. Potem znamienny 18 km, nie jestem już pierwszej świeżości ale mam świadomość czasu jaki mogę uzyskać, walczę ale przebiega mi po raz pierwszy myśl zwolnię by spokojnie dobiec. A tu jak filip z konopi wyskakuje mój mąż i krzyczy-dawaj dawaj Terenia ale to trzeba jeszcze przycisnąć !!!Co on zgłupiał 20 km w nogach i mam przycisnąć -you talking to me? Jednak po chwili zawahania ostatni kilometr biegnę tak szybko ile mam sił i okazuje się że nie mało bo mijam jakieś 15 osób. Meta o cholera!! Jest jest spełniłam swoje marzenie. Płaczę…

Przy okazji wpadło pudło 3M w kat. 🙂