Zakończenie sezonu w Los Angeles

W tym roku zaplanowaliśmy zakończyć nasz sezon biegowy półmaratonem w Los Angeles. Jako, że lubimy łączyć pasję biegową z turystyką, skrupulatnie zaplanowaliśmy wyjazd. Uczestnictwo w biegu miało być raczej symboliczne, bo wiadomo – zmiana strefy czasowej i klimatycznej, niełatwe ukształtowanie terenu i oczywiście ciągłe zwiedzanie. Wylądowaliśmy w środę i miasto przywitało nas bezchmurnym niebem i iście tropikalną pogodą a temperatura przekraczała 100 stopni, Fahrenheita oczywiście 🙂 czyli 38°C. Po zakwaterowaniu się w hotelu, mimo zmęczenia podróżą od razu wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę biegową i potruchtaliśmy nad Pacyfik. Już pierwszego dnia byliśmy pod wrażeniem pogody w listopadzie, błękitu nieba, roślinności, oceanu i infrastruktury dla biegaczy i rowerzystów.W ciągu kilku dni „zbiegaliśmy” plaże Santa Monica, Venice, Marina del Rey. W sobotę przed biegiem przenieśliśmy się do Downtown (centrum Los Angeles).

Bardzo sprawnie odebraliśmy pakiety startowe, zwiedziliśmy dość spore Expo i porozmawialiśmy z innymi biegaczami. Okazało się, że Polska jest znana w tym rejonie głównie ze względu na sportowców. Jako, że Amerykanie żyją sportem (koszykówka, football amerykański, baseball, soccer czyli piłka nożna, tenis), więc bez problemu wymieniali takie nazwiska jak Gortat, Lewandowski, Fibak, Radwańska czy Robert Korzeniowski. Start biegu w niedzielę o 6:45. Jak to w Stanach, każda strefa startuje oddzielnie i dla każdej strefy jest osobne odliczanie.  Atmosfera niesamowita, jeszcze ciemno, pogoda jak zamówiona dla nas, już nie tropikalna, jedyne 15 °C, ale ciepło, wokół mnóstwo przebranych biegaczy – dla nich to bieg celebrujący Halloween, więc jest Elvis, , Dinozaur, są Czarownice, Pszczółki, Myszki Miki, Księżniczki, jest kolorowo.

Startujemy dość szybko bo z 3 strefy. Grzesiek postanowił biec razem ze mną. Mimo kilku tysięcy uczestników i agrafkowej trasy, wcale tego nie odczuwamy, szerokie, dobrze zabezpieczone ulice dają komfort biegania. Trasa niełatwa, można powiedzieć miejsko-górska, ciągłe dość długie zbiegi i podbiegi dają się odczuć nogom. Trasa nie jest widowiskowa, bo nie prowadzi przez atrakcyjną część miasta, jedyną start i meta w pobliżu Staples Center – hali sportowej, na której odbywają się mecze koszykówki NBA: Los Angeles Lakers i Los Angeles Clippers oraz grający w lidzie hokeja na lodzie NHL zespołu Los Angeles Kings. Biegniemy więc, głównie podziwiając przebrania i pomysłowość biegaczy. W jednym momencie słyszymy, jak ktoś z tyłu łamaną polszczyzną pyta: „Mogę tak długo. What does it mean?”. Okazało się, że jeden z biegaczy uczy się polskiego i dzięki temu dowiedział się jakie jest przesłanie naszego klubu 🙂 Ostatni kilometr był z górki, więc do mety biegłam ile sił w nogach. Czas 1:56:27, piękny medal i wiele satysfakcji.

Sprawdzając uzyskany czas w bazie danych, zwróciłam szczególną uwagę na statystyki, czego zazwyczaj nie robię: miejsce 841/5868, kobieta 194/3303, w kategorii wiekowej 23/518. Byłam pod wrażeniem, szczególnie porównując wyniki Grześka, gdy okazało się, że w tym półmaratonie biegło więcej kobiet (3303) niż mężczyzn (2565). Panie górą!!!:-) Po biegu spędziliśmy jeszcze kilka dni zwiedzając słynne miejsca Los Angeles – Aleję Gwiazd w Hollywood, Beverly Hills, Road Drive i delektując się piękną listopadową pogodą.

Chociaż kalifornijskie słońce do końca naszego pobytu nie chciało wychynąć nawet zza chmurki bo bało się, że je zabierzemy do Polski dla Trenera

Wrażenia niezapomniane…