Search Menu

Zapach kawy

13 listopada 2018

Zapach kawy…
Siedząc przy porannej kawie na myśl o wczorajszym biegu pojawia się na mej twarzy uśmiech. Nadal nie mogę uwierzyć, że powróciłem… że ostatni start w tym sezonie dał mi tak wiele pozytywnego. Odzyskałem wiarę w siebie, że mogę jeszcze pomimo przybywających lat rywalizować na równi z dużo młodszym biegaczami, że ponownie choć na chwilę mogłem zamknąć usta tym, którzy przekreślili moje bieganie. Zacznijmy jednak od początku…

Wdzięczność…
Sezon rozpocząłem obiecująco, potem było coraz gorzej. Poważna infekcja, osłabiony organizm i przeplatająca się kontuzja łydki. Ze startu na start było coraz gorzej. Przełomowy start przyszedł w Kole, gdzie wynik 36’25” dał mi światełko nadziei. Przez cały ten czas miałem ogromne wsparcie moich Przyjaciół oraz Rodziny. To Oni wierzyli, wspierali i motywowali. Nigdy nie usłyszałem słowa „nie warto, odpuść”. To oni wspierali dobrym słowem, ale przede wszystkim czynem. Ogromne słowa uznania i podziękowania dla Łukasza Mielewczyka, który odbudował moje ciało i pozwolił na realizacje bez kontuzji treningów. To On, Rodzina i wiele innych Osób pozwoliły mi powstać z popiołów.

Moje Miasto, mój Bieg…
Przyszedł czas ostatniego startu. Idąc po numer startowy czułem, że dziś będzie dobrze. Może nawet lepiej jak dwa tygodnie temu w Kole. Tradycyjnie biuro zawodów profesjonalnie przygotowane na przyjęcie zawodników. Szybka i sprawna rejestracja, odbiór pakietu i powrót ulicami mojego miasta do domu. Spokojnym krokiem, z twarzą zwróconą w stronę promieni słoneczka, idąc po opadłych liściach we wszystkich barwach jesieni powracam do młodzieńczych lat. Jak wszystko przemija, jak pozytywnie zmieniło się moje miasto. Do szczęścia brakuje tylko stadionu z powierzchnią tartanową …uśmiecham się sam do siebie. W domu rodzinne śniadanie i umawiam się z Tomkiem na wspólne truchtanie. Z Tomkiem Sosińskim bo o nim mowa, znalazłem wspólny język biegowy. Do biegowej pasji podchodzimy bardzo podobnie i wspólnie ją realizujemy. Wbiegamy na ścieżki wokół jeziora Jelonek, przez mieszkańców potocznie zwane Wenecją. Wspaniałe tereny do biegania. Przebiegamy kilka kilometrów i powracamy na rynek, gdzie odbywa się już rozgrzewka dla startujących biegaczy. Zaczyna się moment, kiedy potrzebuję wyciszenia, skupienia…wykonuje z jak największą starannością wszystkie ćwiczenia, aby rozgrzać i pobudzić ciało do czekającego mnie wysiłku. Zmiana obuwia na startowe, kilka dynamicznych przebieżek i zakładam biało-czerwoną koszulkę z orłem i przypiętym numerem startowym. Jestem gotowy. Pojawia się pewność siebie i myśl, że „czas zatańczyć i wyjaśnić to co nie zostało jeszcze w tym roku dopowiedziane”. Odśpiewanie hymnu i zaczyna się odliczanie…

Bieg…
Czołówka jak na panujące warunki – biegnąc po kostce brukowej i pod wiatr ruszyła bardzo żwawo. Staram się nie ponieść emocjom i zachowuję kilkusekundową stratę do prowadzących. Bartłomiej, który wziął na swoje barki prowadzenie przebiega pierwszy kilometr poniżej 3’30”.

Czuję się spokojny i wiem, że w każdej chwili mogę tą stratę nadrobić. Jednak nie robię tego. Szanuję energię, która może przydać się na ostatnich kilometrach. Kolejny kilometr w 3’36” i nawrót. Przede mną czwórka zawodników, a wśród nich Patryk Bogucki, którego przed biegiem stawiałem jako czarnego konia tego biegu. Widziałem jak bardzo mocno się przygotowywał, jak wiele ten młody Chłopak zostawił potu i serca na treningach przygotowujących do tych zawodów. Przewaga się zwiększa, więc zaczynam przyspieszać. Wskazuje na to trzeci kilometr przebiegnięty w 3’32”. Dołączam do czołówki przed wbiegniecie na rynek. Tutaj wita nas głośny doping wspaniałej gnieźnieńskiej publiczności. Cudownie jest słyszeć doping Bliskich, Przyjaciół i Znajomych, niesamowitego kopa dają okrzyki nadbiegających z na przeciwka Biegaczy. Piąty kilometr to kolejne zerwanie tempa przez Jakuba. Wiem, że nie mogę reagować na takie fortele ze strony dużo młodszych zawodników. Zachowuję zimną krew i przebiegam kilometr w 3’33” spoglądam na całkowity czas, który wynosi 17’50” czyli na wynik 35’40”. Odpuścił już Bartłomiej, który zapewne stracił zbyt wiele energii na dużą aktywność podczas trwania biegu. Kolejne dwa kilometry to prosta pod wiatr. Zaczyna się oczekiwanie na ostatnie kilometry, każdy oszczędza siły i próbuje się schować za plecami rywali. Czuję jak tempo bardzo mocno spada, czuję jakbym przewracał się o własne nogi. Dogania Nas ponownie Bartłomiej, który bardzo ambitnie walczy o jak najlepszą lokatę. Biegnę za Chłopakami i w głowie pojawia się pytanie, może już teraz? Może spróbować rozegrać to na 3 kilometry do końca i pozostać z najsilniejszymi z tej stawki. Po chwili porzucam jednak ten szalony pomysł i z pokorą biegnę w szyku. Kolejne kilometry przekreślają szanse na dobry wynik. Tempo spadło do 3’46” na kilometr. Nawracamy na ostatnią prostą, mijamy rondo i pojawia się delikatny zbieg. Jakub rusza i zaczyna uciekać widać, że ma jeszcze spory zapas sił, za nim Dariusz. Czekam na ruch Patryka, mam świadomość, że mogę z nim rywalizować na końcowych metrach. Tempo wzrasta do 3’34”, to po ponad 10” na kilometr szybciej niż przed chwilą. Nogi czują już trud tego biegu. Po raz pierwszy atakuję, aby sprawdzić jak reaguje na przyspieszenie mój Rywal. Ruszamy obydwoje, a tempo zaczyna być rwane i bardzo zmienne. Słyszę ciężki oddech Patryka, co dodaje mi jeszcze więcej motywacji. Trzymam się za nim bardzo krótko czekając na ostatnią prostą. Tam będę chciał rozegrać walkę o 3 miejsce na swoją korzyść. Jednak następuje coś, czego nie spodziewałem się absolutnie. Patryk zwalnia i macha ręką bym go wyprzedzał. Taktyka, a może kontuzja? Nie czas na zastanawianie się, wiedząc jak takie zwolnienie wybija z rytmu ruszam całą mocą do przodu. Jeszcze mocniej, czuje jak gwałtownie tempo wzrasta. Jak wiele jeszcze sił mam w nogach i niewykorzystanych pokładów energii. Wbiegam z tą złością na ostatnią prostą i rozwścieczony, a zarazem niesamowicie szczęśliwy wbiegam z rękoma w górze na metę. Wynik 36’13” najlepszy w tym roku to najlepsza nagroda jaka mogła mnie spotkać. Wiem, że dziś byłem na bieganie poniżej 36’, ale pozostawmy ten wynik na kolejny rok. Wszystko jak widać przychodzi w odpowiednim momencie i o odpowiedniej porze… Kończę właśnie kawę nie przestając się uśmiechać…

Pozdrawiam Tomek 🙂